Minął kolejny miesiąc, łącznie dziesięć, niemal rok, a ja coraz bardziej przyzwyczajałam się do miasta, języka i tutejszego rytmu życia. Florencja zaczęła wydawać mi się mniej obca, a bardziej stała się cichą towarzyszką – taką, która niewiele wymaga, ale pozwala leczyć się w ciszy.
A do tego za kilka dni wypadają moje urodziny. Dzień, którego nienawidzę najbardziej i którego nigdy nie chcę świętować.
Wciąż nie miałam bliskich przyjaciół. Nikogo, kto znałby mnie dobrze. Ale może tak było lepiej. Niektóre bóle łatwiej znosić w samotności.
Pieniądze, które zarobiłam w bibliotece, pozwoliły mi w końcu przenieść się do własnego pokoju w akademiku. Był mały, ale panował w nim spokój. Co najważniejsze, nie musiałam się już martwić tłumieniem płaczu w nocy.
Bo, prawdę mówiąc, wciąż płakałam.
Koszmary przychodziły i odchodziły, niektóre bardziej żywe niż inne – wspomnienia odrzucenia przez Kovaka, dnia, w którym ogłosił swoje połączenie z inną, cicha agonia pozostawiona przez Myrk, gdy zniknęła. Wciąż byłam roztrzaskana w miejscach, których nie pokazywałam za dnia.
W niedzielę pogoda była łagodna i poczułam się na tyle odważna, by wyjść na miasto w celu innym niż sprawunki czy zajęcia.
Wędrowałam krętymi uliczkami, aż natknęłam się na małe muzeum wciśnięte między stare budynki. Z zewnątrz nie wyglądało na nic specjalnego, ale coś w nim mnie przyciągnęło.
W środku panowała cisza. Kurz. Zapomnienie.
Przechodziłam powoli od jednego eksponatu do drugiego, aż dotarłam do tylnego korytarza ukrytego za aksamitnym sznurem.
Powietrze zmieniło się tam nieznacznie – stało się bardziej… wilcze.
Wtedy to zobaczyłam.
Wyblakły obraz, niemal pochłonięty przez czas i cienie. Był ukryty za pękniętą szybą, w ciemnym kącie, w który większość ludzi nawet by nie zajrzała.
Ale ja nie byłam zwykłym człowiekiem.
Kobieta na portrecie miała ten rodzaj piękna, którego się nie zapomina. Jej oczy emanowały łagodnością, ale i siłą, jej postawa była królewska mimo zniszczonych brzegów ramy.
Miała ciemne miodowo-blond włosy opadające miękkimi falami, uśmiech, który mógłby uciszyć burze, a coś w jej obecności sprawiło, że serce mi podeszło do gardła.
– Isadora Vael De Luca – odezwał się głos za moimi plecami.
Odwróciłam się i zobaczyła starego strażnika stojącego w pobliżu; jego siwiejąca broda i łagodne oczy zdradzały więcej życzliwości, niż okazuje większość nieznajomych.
– Była naszą Luną – powiedział cicho – wiele lat temu. Partnerką Alfy.
Jego słowa sprawiły, że przeszły mnie dreszcze.
Jego partnerka…
– Była piękna – szepnęłam, studiując jej postać. Widziałam ją po raz pierwszy i zrozumiałam, dlaczego Alfa mógł się w niej tak bez pamięci zakochać.
– Była… wszystkim. – Uśmiechnął się smutno. – Ludzie nigdy nie wiedzieli, kim ani czym była. My, wilkołaki, jednak… wszyscy pamiętamy. Ten obraz został ukryty dawno temu, po jej odejściu. – Posłał mi smutny uśmiech, zanim zostawił mnie samą przed pięknym starym płótnem.
Bez namysłu usiadłam na zimnej podłodze, wyciągnęłam szkicownik i zaczęłam rysować.
Coś w niej nie pozwalało mi odejść.
Musiałam przywrócić ją do życia na papierze.
Czas przeciekał mi przez palce niczym piasek. Nawet nie zauważyłam, że muzeum jest zamykane, dopóki strażnik nie wrócił, stąpając cicho.
– Wciąż tutaj? – Jego głos wyrwał mnie z odrętwienia. Spojrzałam na niego gwałtownie. – Zamykamy – powiedział uprzejmie.
– O! Przepraszam – zaczęłam gorączkowo pakować swoje rzeczy.
On tylko skinął głową, z ciekawością przyglądając się początkom szkicu.
Tamtej nocy, w akademiku, nie mogłam przestać o niej myśleć. Isadora. Luna. Jedyna kobieta, którą Alfa kiedykolwiek kochał.
Bez wahania wyciągnęłam przybory do malowania.
Malowałam przez sześć dni.
Niewiele spałam. Pomiędzy zajęciami, pracą a własnym wycieńczeniem wciąż znajdowałam czas, by ją malować. Nie tę wyblakłą wersję. Nie. Namalowałam ją taką, jaka była – tętniącą życiem, potężną, zapierającą dech w piersiach.
Jej miodowe włosy lśniły w świetle słońca, które, jak sobie wyobrażałam, na nią padało. Jej oczy były łagodne, ale waleczne. Była Luną i chciałam to pokazać.
Wlałam całą siebie w to płótno.
A kiedy skończyłam, ostrożnie je zwinęłam i wróciłam do muzeum. Stary strażnik tam był, zaskoczony moim ponownym widokiem.
Kiedy rozwinęłam obraz, jego usta rozchyliły się z szoku.
– Bogini Księżyca… – wymruczał, delikatnie dotykając brzegów płótna. – To ona.
Uśmiechnęłam się tylko, czując narastające zmęczenie. – Mam nadzieję… mam nadzieję, że to pomoże. Pomyślałam po prostu, że Alfa chciałby ją zapamiętać taką, jaka była naprawdę.
Strażnik spojrzał na mnie wtedy – nie jak na studentkę czy gościa, ale jak na kogoś innego.
Skłonił się lekko, nie z formalności, ale z nabożnym szacunkiem.
– Będę musiał prosić o zgodę, zanim zostanie wystawiony – powiedział. – Żaden portret Luny nie był dotykany od jej śmierci. Alfa… od lat nie wypowiedział jej imienia.
Skinęłam głową. – Rozumiem.
Nie spodziewałam się, że cokolwiek z tego wyniknie. Nie zrobiłam tego dla uznania czy pochwał.
Ale nie wiedziałam – nie mogłam wiedzieć – co ten mały gest poruszy.
Kiedy w domu watahy strażnik poinformował Betę Alessio o nowym portrecie, ten uniósł brew. – Kto to namalował?
– Ta nowa dziewczyna, która studiuje sztukę. To bez wątpienia jej ręka.
Beta Alessio wyglądał na zaskoczonego i oczarowanego pięknem obrazu, który stworzyła.
Jest tylko jedna osoba, jedna wilczyca, która studiuje tu sztukę – Elara.
Teraz rozumiał, dlaczego otrzymała stypendium artystyczne; jej prace były niesamowite, a on właśnie zobaczył dwa jej dzieła, które okazały się czymś więcej niż tylko wspaniałymi obrazami.
Spoglądając w górę, tam, gdzie zazwyczaj zaszywał się Alfa, zebrał się w sobie, by pójść mu to pokazać. Wiedział, że Dante będzie równie oszołomiony jak on sam.
Kiedy Beta pokazał obraz Alfie Dante, w pokoju zapadła długa cisza.
Jego palce musnęły płótno i przez chwilę nikt nie odważył się odetchnąć.
– Ona ją namalowała? – zapytał cicho, głosem niskim i chropowatym jak żwir.
Jego wzrok nie odrywał się od płótna przez długi czas. Nawet wtedy, gdy Beta zawołał go po imieniu.
I tamtej nocy – choć nikt nie wiedział dlaczego – likani Alfa zawył pod księżycem, długo i nisko, aż wilki w pobliskich lasach zamilkły z szacunkiem.
Ja natomiast wróciłam do swojego cichego pokoju.
Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.
Ale coś w powietrzu wydawało się… inne. Jakby prąd się zmienił. Jakby coś, co spało od dawna, w końcu się poruszyło.






