languageJęzyk

Rozdział 5

Autor: Rosemary4 maj 2026

„Spotkanie watahy?”

Zmarszczyłam brwi na tę nieoczekiwaną wiadomość, spoglądając na Phaedrę, która opierała się o drzwi mojego pokoju ze swoim zwykłym, ciepłym uśmiechem i parującym kubkiem herbaty w dłoni. Byłam we Florencji dopiero od 8 miesięcy i choć powoli przyzwyczajałam się do rytmu mojego nowego życia — zajęć, pracy w bibliotece i cichych wieczorów spędzanych na szkicowaniu lub spacerach po starych, kamiennych alejkach — słowo „wataha” wciąż sprawiało, że coś we mnie drgało.

Phaedra musiała dostrzec wahanie na mojej twarzy. „To spotkanie upamiętniające” — wyjaśniła łagodnie. „Dzisiaj byłyby urodziny Luny”.

„Och” — mruknęłam, nie wiedząc, co powiedzieć.

Chwileczkę…

„Luna… nie żyje?”.

Ból w jej wyrazie twarzy powiedział mi wszystko, co musiałam wiedzieć. Phaedra skinęła głową, a jej oczy stały się nieobecne pod ciężarem wspomnień. „Zmarła lata temu. Towarzyszka Alfy”.

To przykuło moją uwagę bardziej niż cokolwiek innego.

Nigdy nie słyszałam o Alfie, który przeżyłby śmierć swojej przeznaczonej.

Każda historia, każde szeptane ostrzeżenie zawsze kończyło się tym samym wnioskiem: potem następowała śmierć.

To była więź zbyt święta, by można ją było zerwać bez konsekwencji. Przeznaczeni towarzysze byli samym życiem. Kiedy jedna połowa umierała, druga nie trwała długo. Nie mogli.

Ale najwyraźniej on przeżył.

„Alfa Dante Regulus De Luca” — dodała cicho Phaedra, a w jej głosie brzmiało coś, co przypominało cześć i litość. „Wataha nie widziała go od prawie dekady”.

Przechyliłam głowę ze zdziwieniem. „Więc… kto tym wszystkim zarządza?”.

„Beta. Alessio” — odpowiedziała Phaedra. „To ten, którego spotkałaś po przyjeździe. Przez większość czasu to on jako jedyny ma wstęp do kwater Alfy”.

Przypomniałam sobie wysokiego, władczego mężczyznę o dobrych, ale zmęczonych oczach, który przywitał mnie po przyjeździe i wyjaśnił podstawy mojego pobytu. Sprawiał wrażenie lidera, a nie kogoś, kto tylko zastępuje kogoś innego.

Ale teraz miało to sens.

Cień przemknął przez pokój, gdy wszedł Lorian, niosąc kosz owoców i chleba, tak jak zawsze robił to podczas wizyt Phaedry. Jego przyprószona siwizną broda drgnęła lekko, gdy parsknął. „Idziesz na spotkanie, El. Nikt nie opuszcza urodzin Luny”.

„Ale ja—” zawahałam się, niepewna, czy mam prawo się wtrącać. Wciąż byłam nowa. Wciąż nieznana. „Prawie nikogo nie znam. Czy naprawdę muszę iść?”.

„Jesteś wilkiem. Żyjesz na tym terytorium. Musisz” — odparł Lorian, stawiając kosz na moim małym drewnianym stole z głuchym stukotem. „Poza tym dobrze jest, żeby cię zobaczyli. I powinnaś usłyszeć te historie. Każdy musi wiedzieć, kim była. Kim byli razem”.

Szacunek w jego głosie sprawił, że moja ciekawość zapłonęła mocniej.

Usiadłam powoli. „Więc Alfa... nie rozmawiał z watahą odkąd… ona zmarła?”.

„Próbował umrzeć razem z nią” — szepnęła Phaedra, nie patrząc na mnie. „Ale nie mógł”.

Zmarszczyłam brwi. „Dlaczego nie?”.

Lorian spojrzał na mnie, jakby odpowiedź była oczywista. „Bo on nie jest taki jak my. To nie tylko wilk”.

Mrugnęłam. „Jest Likanem?”.

To słowo brzmiało obco w moich ustach. Starożytne. Potężne. Mroczne.

Nawet nie wiedziałam, że oni wciąż istnieją.

Lorian skinął głową, a ja zobaczyłam, jak Phaedra nieświadomie żegna się, jakby samo wypowiedzenie tego słowa przywoływało coś świętego — lub przeklętego.

„Jest ostatnim” — mruknął Lorian. „Potomek starych linii krwi, Dynastii De Luca. Z czasów, gdy Likani rządzili lasami i kąpali się w wojnie. Bezwzględny. Nieubłagany. Bardziej bestia niż człowiek”.

„Ale myślałam… że Likani nie mogą mieć mate?” — zapytałam cicho, starając się pogodzić to z opowieściami, na których dorastałam.

„Nie powinni” — odpowiedziała Phaedra. „Bogini Księżyca nigdy tego nie planowała. Likani narodzili się z chaosu. Z wojny i śmierci. Ona dała towarzyszy tylko wilkołakom. Ale jakimś cudem…” Spojrzała na mnie z drżeniem w głosie. „On odnalazł ją. Tę jedyną”.

Opadłam na krzesło, oszołomiona.

Likan, który odnalazł miłość. A potem ją stracił.

Czymże musi być taka katorga?

„Mówią, że oszalał w dniu jej śmierci” — kontynuowała Phaedra. „Przez wiele dni gnał przez lasy. Nie mógł mówić. Nie mógł jeść. Kiedy go znaleźli, niemal rozdarł samego siebie na strzępy. Ale nie chciał umrzeć. Jego krew była zbyt silna. Jego bestia nie chciała go puścić”.

Przełknęłam ciężko ślinę, czując uścisk w klatce piersiowej.

Ból rozpoznał ból…

Nie, mój mate nie umarł. Ale Kovak równie dobrze mógłby nie żyć. Wybrał kogoś innego. Odrzucił więź. Porzucił mnie.

I choć wciąż stałam na nogach, moja dusza się roztrzaskała.

Nie widziałam Myrk od tamtego dnia. Od ceremonii. Od przysięgi. Od momentu, w którym więź pękła i zabrała ze sobą moją wilczycę.

Wciąż ją czułam, słabą i cierpiącą. Jak szept w samym środku huraganu.

Ale ona już nigdy się nie odezwała.

A teraz byłam tutaj, w krainie dalekiej od domu, dowiadując się, że nawet Alfa, nawet Likan — coś potężniejszego niż cokolwiek, co kiedykolwiek znałam — nie mógł uciec przed agonią utraty swojej drugiej połowy.

„Dobrze... pójdę” — powiedziałam cicho. „Na to spotkanie”.

Phaedra posłała mi nikły uśmiech. „Dobrze”.

Tego wieczoru teren wokół domu watahy wypełniły przygaszone światła i szemrzące głosy.

Wilki ze wszystkich części terytorium zebrały się, ubrane w skromne, odświętne stroje, niosąc kwiaty lub drobiazgi, by złożyć je przy pamiątkowym ołtarzu obok starego drzewa w samym sercu osady.

Ale nie widziałam ani nie czułam Alfy. Czy nie miał tu rzekomo być?

Stałam samotnie z tyłu, ubrana w prostą czarną sukienkę, która opinała moją sylwetkę, a moje palce nerwowo bawiły się brzegiem szala, który dała mi Marta przed wyjazdem.

Czułam się nie na miejscu.

Zawsze tak się czułam.

Nikt tutaj nie znał mojej historii. Nikt nie znał powodu, dla którego nie potrafiłam się zmusić do uśmiechu, ani dlaczego wzdrygałam się na dźwięk przysiąg i śmiechu.

I chciałam, żeby tak pozostało.

Nie potrzebowałam ich litości. Nie chciałam ich współczucia.

Kovak Thorne odebrał mi już wszystko, a mimo to przetrwałam.

Oni o tym nie wiedzieli. I tak mi odpowiadało.

Beta wystąpił, by przemówić; jego głos był głęboki i spokojny. Opowiadał o Lunie Isadorze — o tym, jak dobra była, jak zaciekle walczyła u boku swojego towarzysza, jak jej śmiech wypełniał te korytarze światłem. Mówił o dniu, w którym zmarła, i o tym, że Alfa od tamtej pory nie wypowiedział ani słowa.

Słuchałam, a po moich policzkach płynęły ciche łzy.

Żal był najwyraźniej uniwersalny. Czy to przez śmierć, czy przez zdradę, strata tak samo drążyła duszę.

Po zakończeniu przemówień ludzie zaczęli składać dary przy ołtarzu.

Ja nic nie przyniosłam. Ale i tak podeszłam do przodu.

Gdy się zbliżyłam, spojrzałam na drzewo. Było wysokie i rozłożyste, jego kora stara i sękata, jakby rosło tu długo przed samą watahą. U jego podstawy znajdowała się srebrna tabliczka:

Luna Isadora Vael De Luca

Ukochana. Pamiętana. Wieczna.

Sięgnęłam do płaszcza i wyciągnęłam mały, złożony szkic.

Rysunek pary wilków — jeden miał skrzydła, drugi oczy pełne smutku.

To była pierwsza rzecz, jaką narysowałam po ceremonii. Po utracie Myrk. Po utracie wszystkiego.

Położyłam go delikatnie na ziemi.

„Mam nadzieję, że kiedyś znów ją odnajdziesz” — szepnęłam, nie będąc pewna, czy zwracam się do Alfy… czy do samej siebie.

Gdy odwróciłam się, by odejść, poczułam coś.

Zmianę…

Obecność.

Zaparło mi dech, gdy zerknęłam w stronę okien domu watahy.

I tam był.

Postać stojąca w cieniu górnego balkonu. Wysoki. Barki szerokie. Nieruchomy jak głaz. Ale jego oczy — bogowie, te oczy — płonęły srebrnym ogniem.

Dante Regulus De Luca.

Alfa…. Likan…

Żyje… I patrzy.

Nasze spojrzenia spotkały się tylko na sekundę.

I w tej sekundzie poczułam, jak coś porusza się głęboko w mojej piersi.

To nie była więź. To nie była miłość. To było rozpoznanie.

Widziałam, że on jest złamany.

Zupełnie jak ja.

----------

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 5: Rozdział 5 - Wiedźma, Wilk i Król Likanów | StoriesNook