languageJęzyk

Rozdział 6

Autor: Rosemary4 maj 2026

Prosty rysunek…

Tylko tym miał być.

Zwykłym szkicem. Nie sądziłam, że ktokolwiek go zauważy. Nie chciałam tego. Nie był przeznaczony dla nikogo innego – to było po prostu coś, co musiałam z siebie wyrzucić. Uczucie, którego nie potrafiłam ubrać w słowa, więc zamiast tego przelałam je na papier.

Dwa wilki – jeden nakreślony ze skrzydłami światła, drugi przyczajony nisko, z oczami pełnymi smutku, pustymi i krwawiącymi bólem.

W chwili, gdy skończyłam, wiedziałam, co to oznacza. Nie musiałam pisać wiadomości ani się podpisywać. Sam rysunek *był* wiadomością.

Wiadomością do kogoś, kogo nigdy nie poznałam. Do kogoś, kto cierpiał w milczeniu znacznie dłużej, niż ja kiedykolwiek bym zdołała. Do kogoś, o kim myślałam, że nigdy tego nie zobaczy, a jeśli nawet, to go to nie obejdzie.

Ale myliłam się.

Tamtego ranka, gdy ktoś zapukał do drzwi mojego pokoju w akademiku, myślałam, że to tylko jedna z dziewczyn z piętra albo kierowniczka. Ale kiedy otworzyłam, zamarłam.

Stał tam Beta Alessio.

A obok niego – Lorian, wyglądający na równie zdezorientowanego co ja.

Za nimi na korytarzu stało trzech wojowników watahy, wyprostowanych i milczących niczym posągi, co dawało jasno do zrozumienia, że nie jest to zwykła wizyta.

– Beto Alessio – zamrugałam i skinęłam głową na powitanie. – To… to zaszczyt, proszę wejść.

Mój głos drżał lekko z nerwów, gdy cofnęłam się, by wpuścić ich do środka. Serce biło mi tak szybko, że czułam je w gardle.

Dlaczego Beta watahy tutaj był?

Czy zrobiłam coś źle?

Nie miałam nawet czasu przetrawić, jak dziwna była to sytuacja. Ledwie wybijała dziewiąta rano, a za dwadzieścia minut miałam zajęcia. Choć teraz było jasne, że na nie nie pójdę.

Lorian wzruszył niezręcznie ramionami, wchodząc za Betą. – Przysięgam, że nie wiedziałem, dokąd idziemy – szepnął, posyłając mi krótki, pokrzepiający uśmiech.

– Ja… ja nie rozumiem – wykrztusiłam w końcu, gdy już usiedli. – Czy coś się stało?

Beta Alessio uśmiechnął się uprzejmie, ale w jego spojrzeniu było też coś poważnego – jakby trzymał w dłoniach coś kruchego i starał się tego nie rozbić.

– Nie, Elaro. Nic się nie stało – powiedział. – Właściwie, to wręcz przeciwnie.

Znów zamrugałam. – Nie nadążam…

– Chodzi o rysunek – rzekł.

Wtedy wszystko wskoczyło na swoje miejsce.

O. Mój. Boże!

Moja pierś gwałtownie się zacisnęła, a wzrok uciekł na podłogę.

– Widzieliście go… – szepnęłam.

Skinął głową. – Owszem. Ale co ważniejsze – on go widział.

Przełknęłam ciężko ślinę. – On… To znaczy… Alfa Dante?

– Miejsce pamięci – kontynuował. – Często tam zaglądamy, by upewnić się, że panuje tam porządek. Nie jesteś pierwszą osobą, która zostawiła kwiaty czy jakiś drobiazg. Ale ten rysunek… sprawił, że stanęliśmy w miejscu. Uznaliśmy, że jest piękny. Bolesny. Szczery. Ale założyliśmy, że pochodzi od anonimowego gościa.

Przerwał, wbijając we mnie uważne spojrzenie.

– Jednak zeszłej nocy… pierwszy raz od ponad trzech lat… Alfa przemówił.

Moje oczy rozszerzyły się z niedowierzania.

Lorian otworzył usta. – Czekaj… co? On *mówił*? Do kogo?

– Do mnie – odpowiedział Beta, spokojnym i opanowanym głosem. – Powiedział: „To piękne. Ona rozumie”. To wszystko. Potem po prostu odszedł.

W pokoju zapadła cisza. W uszach mi huczało, jakby świat wyciszył wszystko inne.

– On… naprawdę to powiedział? – zapytałam w końcu ledwie słyszalnym szeptem.

Beta uśmiechnął się łagodnie. – Tak.

Gardło mi się ściisnęło… Nie wiedziałam, co powiedzieć.

Słyszałam opowieści, tak jak wszyscy inni. Milczący Alfa. Duch człowieka, który niegdyś rządził niczym cień zza swoich murów. Po stracie swojej Luny nie wypowiedział ani słowa. Niektórzy wierzyli, że zdziczał. Inni sądzili, że oszalał.

A jednak mój rysunek – mój prosty, przesiąknięty smutkiem szkic – sprawił, że przemówił.

– Chciałam tylko… coś wyrazić – powiedziałam cicho. – Wiem, jak to jest stracić coś, o czym myślało się, że będzie trwać wiecznie. Nie chciałam nikogo urazić. Nie wiedziałam, czy w ogóle ktoś to zauważy…

– To nie było obraźliwe – powiedział łagodnie Beta Alessio. – To było… uzdrawiające. Na swój sposób. A on tego potrzebował.

Lorian uśmiechnął się do mnie szeroko. – El, sprawiłaś, że Alfa przemówił. Masz pojęcie, jak wielka to rzecz?

Pokręciłam głową. – Nie chciałam sprawiać kłopotów…

– Elaro – przerwał jej Beta, pochylając się lekko do przodu. – Nie sprawiłaś kłopotów. Zrobiłaś coś rzadkiego – coś znaczącego. I choć on może nie mówi wiele, wierzę, że Alfa jest wdzięczny.

To sprawiło, że moje serce znów drgnęło, ale tym razem poczułam coś cieplejszego niż strach.

Wdzięczny?

– Przekażę mu, że to był gest zrozumienia, a nie wtrącanie się – dodał Beta. – Ale chciałem ci podziękować osobiście. I powiedzieć… że zostałaś dostrzeżona.

*Dostrzeżona.*

Takie proste słowo. Ale dla kogoś takiego jak ja – kogoś, kto przez większość życia był niewidzialny – znaczyło ono wszystko.

Skinęłam szybko głową, czując pieczenie łez pod powiekami. – Dziękuję, Beto Alessio.

Wstał, posyłając mi uprzejmy uśmiech, zanim skierował się do wyjścia.

Przed wyjściem spojrzał na mnie raz jeszcze. – Rysuj dalej, Elaro. Świat potrzebuje więcej takiej prawdy jak twoja.

Kiedy drzwi się za nim zamknęły, Lorian wpatrywał się we mnie z szeroko otwartymi oczami.

– El – powiedział po chwili. – Przełamałaś milczenie Alfy.

Nie potrafiłam powstrzymać ogarniającego mnie śmiechu, który wydobył się z moich ust.

– Tak – szepnęłam, niemal do siebie. – Chyba tak.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 6: Rozdział 6 - Wiedźma, Wilk i Król Likanów | StoriesNook