languageJęzyk

Rozdział 2

Autor: Rosemary4 maj 2026

Trzy lata później, po długim... samotnym dniu i nocy. Prawda jest jak siarczysty policzek wymierzony w moją twarz.

Dzisiaj jest ten dzień.

Dzień, w którym Kovak Thorne stanie u boku Kestryn Pyke, córki Alfy, i złoży przysięgi, które nigdy nie były przeznaczone dla niej.

Miały być dla mnie.

Wpatruję się w swoje odbicie w małym lustrze nad miednicą w kwaterach służby, ledwo rozpoznając dziewczynę, która na mnie patrzy.

Dziewiętnastolatka, właśnie skończyła liceum, o bladej skórze, zapadniętych oczach i wargach zaciśniętych tak mocno, by nie drżały.

Moje włosy są prosto zaplecione, upięte z dala od twarzy tak, jak zasugerowała Marta — „schludnie, ale nie zbyt ładnie”, powiedziała, jakby skromny ubiór mógł złagodzić ból.

Nie łagodzi.

Nic tego nie robi.

Dom watahy tętni życiem z powodu świętowania. Śmiech i muzyka przenikają przez kamienne ściany niczym okrutne przypomnienia o tym, co oznacza dzisiejszy dzień.

Przybyły wilki z sąsiednich terytoriów, ubrane w swoje najlepsze stroje. To wielkie wydarzenie. W końcu córka Alfy łączy się z najlepszym wojownikiem watahy. Sojusz polityczny. Historia miłosna w oczach tłumu.

Ale tragedia w moich.

Wygładzam przód swojej prostej, niebieskiej sukienki i biorę drżący oddech.

„Nie musisz tam iść” — szepnęła słabo Myrk w moim umyśle dzisiejszego ranka.

Ale nie mam wyboru...

Nie dlatego, że chcę. Bogini, nie. Ale dlatego, że Alfa nakazał całej watasze być świadkiem. Żadnych wyjątków. Nawet dla osieroconej dziewczyny, której dusza zaraz zostanie roztrzaskana.

Moje kroki niosą się echem po korytarzu, gdy zmierzam do wielkiej sali.

Każdy krok wydaje się pożegnaniem. Pożegnaniem z nadzieją. Z więzią. Z wilczycą we mnie, która już zaczyna zanikać.

Kiedy wchodzę do sali, zapiera mi dech — nie z powodu jej piękna, ale dlatego, że on tam jest.

Kovak…

Stoi wyprostowany i silny na przedzie sali, ubrany w ceremonialną czerń ze srebrnymi haftami na piersi. Jego ciemne włosy są zaczesane do tyłu, szczęka mocno zarysowana, oczy spokojne. Opanowane.

A obok niego, promienna w kości słoniowej i złocie, stoi Kestryn. Jej rude loki są przeplatane perłami, a jej pyszałkowaty uśmiech jest zbyt szeroki, gdy kurczowo trzyma się jego ramienia.

Nawet nie wygląda na zdenerwowaną.

A dlaczego miałaby być? Wygrała.

Tłum cichnie, gdy Alfa wstaje i podchodzi, by rozpocząć ceremonię. Ledwo słyszę jego głos przez huczenie w uszach. Moje dłonie zaciskają się w pięści, walczę o to, by oddech pozostał równy.

Moje spojrzenie przeskakuje na Kovaka. Przez jedną straszną sekundę patrzy na mnie.

I wiem, że mnie widzi.

Nie ma w nim cienia rozpoznania. Żadnych przeprosin. Tylko obojętność.

I to boli bardziej niż cokolwiek innego.

Czuł więź. Wiem, że zawsze ją czuł.

A mimo to… dokonał takiego wyboru.

Głos Alfy staje się głośniejszy, uroczysty.

„Czy ty, Kovaku Thorne, przyjmujesz Kestryn Pyke za swoją wybraną towarzyszkę i przyrzekasz jej swoje życie, w sile i w duszy?”

Pauza…

Proszę. Proszę, Bogini, nie.

„Przyjmuję”.

Jego głos jest pewny.

Świat przechyla się pode mną.

Uginają mi się kolana, ale nie upadam. Jeszcze nie.

„A czy ty, Kestryn Pyke, przyjmujesz Kovaka Thorne'a za swojego wybranego towarzysza i przyrzekasz mu swoje życie, w sile i w duszy?”

„Przyjmuję” — mówi słodko.

Alfa unosi dłonie, błogosławiąc ich unię starożytnymi słowami w dawnym języku.

I wtedy to się dzieje.

Huk! Poczułam się, jakbym została postrzelona z pistoletu.

Więź pęka.

Nie da się tego inaczej opisać. W jednej chwili tam jest — postrzępiona, słaba, ale wciąż trzymająca — a w następnej… znika.

Coś przeszywa mnie niczym ostrze.

Nie mogę oddychać. Nie mogę myśleć.

Moje serce rozpryskuje się w piersi, a jego kawałki uderzają o żebra niczym szkło.

Myrk krzyczy we mnie — dźwiękiem tak surowej i dzikiej agonii, że odbiera mi resztki sił.

Odeszła.

Moja wilczyca odeszła.

Cofam się chwiejnie, wychodząc z tłumu, niezauważona. Wszyscy patrzą na nich — klaszczą, wiwatują. Unia jest dopełniona.

Wymykam się przez drzwi i biegnę korytarzem, z oczami przesłoniętymi łzami.

Nikt za mną nie woła. Nikt nawet nie zauważa.

Zimne powietrze uderza we mnie, gdy docieram do tylnych drzwi i wypycham je z impetem.

Biegnę…

Mijam kuchnie, ogród, aż do skraju lasu, gdzie służba składuje puste beczki z kuchni.

I tam, w cieniu świętowania, upadam.

Sznur łkań, który się ze mnie wyrywa, nie jest ludzki.

Nie jest wilczy. To coś złamanego. Coś umierającego.

Przyciskam dłoń do piersi, ale to nie pomaga. Ból jest w środku, rozdziera mnie od wewnątrz.

Miał być moim towarzyszem.

Miał wybrać mnie.

Ale tego nie zrobił…

A teraz… nie mam nic.

„Elaro…”

Głos jest cichy, znajomy.

Marta, jedna ze służących, jedyna, która wie.

Klęka obok mnie, obejmując ramionami moje drżące plecy.

„Och, kochanie” — szepcze, kołysząc mnie delikatnie. „Szukałam cię”.

„Nie mogę oddychać” — szlocham w jej pierś. „To boli, Marto. Tak bardzo boli”.

Mocniej zaciska ramiona wokół mnie. „Wiem, maleńka. Wiem”.

Jej palce gładzą moje włosy, gdy płaczę, i po raz pierwszy od lat pozwalam komuś zobaczyć głębię mojego bólu.

„Myślałam — może — myślałam, że zmieni zdanie, czekałam latami” — szepczę. „Nawet dziś rano miałam nadzieję. Jestem taka głupia!”.

„Nie, nie jesteś” — mówi stanowczo, biorąc moją twarz w dłonie. „Jesteś dobra. Jesteś silna. A on jest głupcem”.

Pomaga mi usiąść i podaje butelkę wody, nie odrywając swoich ciepłych oczu od moich.

„Nie pasujesz tutaj, El” — mówi cicho. „Już nie”.

Patrzę na nią zdezorientowana.

Sięga do kieszeni fartucha i wyciąga złożoną kopertę. „To przyszło wczoraj. Potwierdzenie stypendium”. Przyciska kopertę do moich dłoni.

Marszczę brwi. „Co? Ja nigdy…”.

„To ja je wysłałam. Oboje wiemy, jak niesamowicie malujesz i rysujesz, więc nie jest niespodzianką, że cię przyjęli”. Uśmiecha się, a ja wypuszczam głośno powietrze.

Tak, Marta wiedziała, że rysowanie i malowanie to moja jedyna ucieczka. Sposób na zapomnienie. Ale nigdy nie sądziłam, że zgłosi mnie na stypendium artystyczne. Jest najbliższą mi osobą, kimś jak rodzina.

Odkąd moi rodzice zginęli z rąk renegatów, chroniąc terytorium, gdy miałam zaledwie 7 lat, to ona zaczęła mi pomagać we wszystkim.

Nie potrafię wyrazić, jak wdzięczna jestem, że mam ją przy sobie.

„Wiedziałaś, prawda?” Spoglądam w górę i widzę, jak kiwa głową ze smutkiem.

Rozumiem, więc wiedziała, że Kovak nigdy mnie nie wybierze.

Dlatego…

„Możesz wyjechać... Stąd. Poinformowałam już Alfę o twoim stypendium we Włoszech. To twoja jedyna droga wyjścia. A to —” wpycha mi kolejną kartkę „— to adres moich drogich przyjaciół, Loriana i Phaedry. Pomogą ci się zadomowić”.

Łzy znów napływają mi do oczu, ale tym razem z innego powodu. Wdzięczności. Ulgi.

„Nie wiem, czy dam radę” — szepczę.

„Wiem, że dasz” — mówi łagodnie, lecz stanowczo. „Bo nie jesteś stworzona do tego, by tu zostać i zwiędnąć. Jesteś stworzona, by rosnąć. Rozkwitać. Żyć”.

Kiwnęłam powoli głową, ściskając kopertę niczym koło ratunkowe.

Jej słowa podniosły mnie na duchu.

Może tak właśnie jest.

„Marto…” — mruczę drżącym głosem. „Myrk odeszła. Już jej nie czuję”.

Bierze moją twarz w obie dłonie. „Więc wyzdrowiejesz. A ona wróci. Kiedy nadejdzie właściwy czas”.

Chcę jej wierzyć.

Naprawdę chcę.

Ale dzisiejszej nocy jestem tylko pustką.

Mimo to szepczę: „Dziękuję. Za wszystko”.

Ściska mnie mocno po raz ostatni, po czym wstaje, otrzepując brud z fartucha. „Została ci jedna noc, El. Spakuj rzeczy. Odpocznij. I nie waż się oglądać za siebie, kiedy już stąd wyjedziesz”.

Patrzę, jak odchodzi, znikając w blasku świateł uroczystości.

Zostaję z tyłu w ciemności, a zimno otula mnie niczym żałoba.

Ale nawet w mroku… pozostaje iskra.

Jutro opuszczam to miejsce.

Jutro zacznę od nowa.

I może pewnego dnia znów stanę się całością.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki