Puk... Puk... Puk...
Pukanie do gabinetu Alfy odbiło się echem głośniej w mojej piersi niż na korytarzu.
Palce mi drżały, gdy wygładzałam złożony list o stypendium w kieszeni płaszcza. To nie była zwykła rozmowa — to było domknięcie rozdziału.
Początek mojej wolności.
„Proszę wejść” — zagrzmiał głos Alfy Galdrica.
Weszłam do środka z wyprostowanymi plecami i uniesioną brodą. Musiałam wyglądać na pewną siebie, nawet jeśli wszystko we mnie drżało.
Alfa podniósł wzrok znad stosu dokumentów, a jego przenikliwe spojrzenie zatrzymało się na mnie. „Elaro. Co cię tu sprowadza?”.
Wzięłam głęboki oddech. „Otrzymałam pełne stypendium na studia w akademii sztuk pięknych we Florencji, we Włoszech. To rzadka okazja i… chciałabym prosić o pozwolenie na opuszczenie watahy”.
Mrugnął...
Przez chwilę panowała cisza. Potem powoli skinął głową, pocierając podbródek.
„Zostałem poinformowany o twoim przyjęciu” — powiedział neutralnym tonem. „Byłaś pożyteczna dla tej watahy, mimo swojego… pochodzenia. Rzadko widuje się kogoś, kto wybija się z takich warunków”.
Nie byłam pewna, czy to miał być komplement, czy tylko przypomnienie o tym, skąd pochodzę, więc zachowałam neutralny wyraz twarzy.
Czy zapomniał, że moi rodzice byli niegdyś wielkimi wojownikami? Postanowiłam jednak trzymać język za zębami.
W końcu skinął głową. „Podpiszę niezbędne zgody” — kontynuował, sięgając po pieczątkę. „Ale bądź świadoma, Elaro — gdy odejdziesz, nie będziesz już pod naszą ochroną. Poza naszymi granicami będziesz samotnym wilkiem”.
„Rozumiem” — powiedziałam cicho.
Skinął głową po raz ostatni. „Bardzo dobrze. Wyjeżdżasz jutro?”.
„Tak. Pociąg do miasta odjeżdża o świcie” — odparłam stanowczo, na co on ponownie skinął głową.
Gdy odwróciłam się, by wyjść, drzwi znów się otworzyły.
Zamarłam w miejscu w sekundzie, gdy uderzył we mnie jego zapach.
Cholera!!
Kovak…
Oczywiście… Mieszkał teraz tutaj, prawda? W rezydencji Alfy. W swoim nowym domu z Kestryn. Ich więź ledwo zdążyła się ustabilizować, a wszystko wydawało się już być na swoim miejscu — jakbym nigdy nie była częścią tej historii.
Jego oczy odnalazły moje i po raz pierwszy od lat nie odwróciłam wzroku.
„Elaro?” — powiedział głosem niepewnym, zaskoczony.
Zmusiłam się do uśmiechu. „Kovaku... panie..” Prawie zapomniałam nie nazywać go tylko po imieniu, na szczęście nikt nie zwrócił na to uwagi.
„Co ty tutaj robisz?” Jego głos obniżył się do szeptu, jakby starał się nie brzmieć desperacko. „Nie masz… nie masz kłopotów, prawda?”.
Uniosłam brew w zdziwieniu, co on ma na myśli mówiąc o kłopotach?
Ale postanowiłam to zignorować.
„Nie” — powiedziałam po prostu. „Wyjeżdżam”.
Zmrużył brwi. „Wyjeżdżasz?”.
Skinęłam głową. „Dostałam stypendium” — odpowiedziałam. „Akademia sztuk pięknych we Włoszech”.
Cisza, która zapadła, była ostra, kąśliwa.
„Włochy?” — powtórzył, jakby to słowo go obraziło.
Przechyliłam głowę. „Tak. Rano już mnie nie będzie”.
Kovak otworzył usta, po czym znów je zamknął. Coś mignęło w jego oczach — szok, niedowierzanie, może złość. Ale nie powiedział nic.
Dobrze… Nawet nie waż się nic mówić!
Nikt w tej watasze nie wiedział, że kiedyś był mi przeznaczony. Sam o to zadbał. Tylko Marta wiedziała, a zaprzysięgłam ją do milczenia. Nie zamierzałam być tą, która zacznie wykrzykiwać prawdy tylko po to, by sprawić innym dyskomfort. Co by to zmieniło?
„A co z twoją wilczycą?” — zapytał nagle, niemal oskarżycielsko.
Wzdrygnęłam się, zanim zdołałam nad sobą zapanować. „Jest… cicho”.
Kolejny błysk. Żal? Poczucie winy? Już mnie to nie obchodziło.
„Dlaczego teraz?” — zapytał, podchodząc bliżej. „Dlaczego tak daleko?”.
„Dlaczego cię to obchodzi?” — pomyślałam, ale postanowiłam tego nie wymawiać.
„Bo nic mnie już tutaj nie trzyma” — powiedziałam spokojnie, patrząc mu w oczy. „I chcę czegoś dla siebie. Zasługuję na to”.
Zacisnął szczękę. „Uciekasz”.
„Nie” — powiedziałam, unosząc podbródek. „Wybieram siebie”.
Cisza powróciła…
Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć — może wszystko. Ale Kovak Thorne był mistrzem w przełykaniu słów, z którymi nie chciał się zmierzyć.
Więc gdy nie usłyszałam nic więcej, odwróciłam się do niego plecami, tak samo jak on kiedyś odwrócił się do mnie.
*****
Marta spotkała się ze mną w kuchni późno w nocy, zawijając jedzenie w mały tobołek, a jej oczy już lśniły od łez.
„Wciąż uważam, że to za wcześnie” — mruknęła. „Nawet jeszcze nie wyzdrowiałaś”.
Objęłam ją ramionami. „To jest właśnie moje zdrowienie, Marto”.
Pociągnęła nosem i odsunęła się. „Pamiętasz adres, który ci dałam? Lorian i Phaedra. Wyjdą po ciebie na stację we Florencji. Dobrzy ludzie. Będą mieli na ciebie oko”.
Skinęłam głową. „Pamiętam”.
„I te pieniądze — nie kłóć się ze mną. Po prostu weź”.
Uśmiechnęłam się przez ściśnięte gardło; była najbliższą mi osobą, kimś jak matka. „Dziękuję. Za wszystko”.
Marta uszczypnęła mnie w policzki, jakbym wciąż była dzieckiem. „Twórz sztukę. Bądź wolna. A jeśli ten chłopak kiedykolwiek pojawi się zapłakany pod twoimi drzwiami, zatrzaśnij mu je przed nosem”.
Zaśmiałam się, tak szczerze. Po raz pierwszy od lat.
„Jakby to miało się kiedykolwiek wydarzyć” — pomyślałam smutno.
Następnego ranka wataha wciąż spała, gdy ciągnęłam moją jedyną walizkę po oprószonej śniegiem ścieżce w stronę głównych bram. Niebo było wciąż ciemne, gwiazdy ledwo zaczynały blednąć.
Bez pożegnań. Bez publiczności. Tylko ja i otwarta droga.
Westchnęłam, gdy mróz szczypał mnie w policzki, ale nie przeszkadzało mi to.
Zostawiałam za sobą miejsce, które zdefiniowało mój ból — i szłam ku nieznanemu, ku nowemu. To mnie przerażało i ekscytowało w równej mierze.
Ukazała się stacja, para kłębiła się nad lokomotywą niczym oddech. Wsiadłam z sercem w gardle.
Gdy pociąg ruszył, wpatrywałam się w okno, patrząc, jak las znika. Mój dom. Moja klatka.
Żegnaj, Kovaku — pomyślałam.
Ty wybrałeś władzę… Ja wybieram spokój…
Podróż do Florencji trwała ponad dobę. Gdy dotarłam na miejsce, moje ciało było wycieńczone, ale dusza czuła się dziwnie lekka.
Lorian i Phaedra stali na peronie, trzymając małą tabliczkę z moim imieniem. Nie byłam przyzwyczajona do uprzejmości ze strony obcych, ale przywitali mnie jak rodzinę.
Prowadzili samochód przez kręte, brukowane uliczki, mijając stare kamienne budynki i balkony porośnięte kwiatami.
Miasto tętniło życiem — jakby samo powietrze było przesycone sztuką.
„Zostaniesz u nas, dopóki nie otworzą akademików” — powiedziała Phaedra ze swoim ciepłym akcentem. „Mieszkamy niedaleko Arno. Tam jest cicho. Spokojnie”.
Spokojnie...
Prawie nie pamiętałam, jakie to uczucie.
„Zanim to nastąpi, musimy jechać do domu watahy, Beta Alessio cię przywita i zajmie się dokumentami” — dodał Lorian, a ja powoli skinęłam głową, po czym znów wyjrzałam przez okno.
Nowy kraj, nowe miejsce, nowa wataha...
Starałam się zachować neutralny i uprzejmy wyraz twarzy, gdy dotarliśmy do domu watahy; nie zauważyłam, dlaczego to Beta mnie przyjmuje, a nie Alfa, myśląc po prostu, że nie jestem dość ważna, by ich Alfa witał mnie przed wyjazdem na uniwersytet.
Akademia była jak ze snu. Białe filary, bluszcz wspinający się po starożytnych murach, studenci przemieszczający się ze szkicownikami pod pachami i śladami farby na dżinsach.
To nie wydawało się realne. A jednak… wydawało się właściwe.
Pierwszy tydzień spędziłam w ciszy, pozwalając dłoniom przypomnieć sobie, jak tworzyć. Płótno za płótnem, węgiel i akwarela, szkice bólu, tęsknoty i cichej nadziei.
I przez to wszystko szukałam — czasem podświadomie — obecności Myrk.
Ale ona milczała.
Odeszła? Nie. Po prostu… spała.
Została zbyt głęboko zraniona. Tak jak ja.
Więc malowałam. Codziennie. Jakby moja dusza od tego zależała.
Pewnego popołudnia, siedząc samotnie na ławce nad rzeką i szkicując Ponte Vecchio, poczułam coś dziwnego — poruszenie w głębi umysłu. Jak bicie serca, którego nie słyszałam od lat.
Mój kręgosłup zesztywniał.
„Myrk?” — szepnęłam.
Wciąż nic.
Ale coś się poruszyło.
Zamknęłam oczy, wdychając zapach rzeki, słońca, obcego wiatru. Może nie odeszła. Może, tak jak ja, powoli wracała do życia.
Mijały tygodnie... Potem miesiące...
Przychodziły listy od Marty, zawsze z krótkimi słowami zachęty. Od nikogo innego z Ebon-Sylvan nie miałam wieści. Nie żeby mi na tym zależało.
Nawet od Kovaka…
Ta część wciąż czasem kłuła. Późno w nocy. Ale z każdym dniem coraz mniej.
Ponieważ budowałam siebie na nowo.
Nie byłam już tylko odrzuconą dziewczyną, przypadkiem charytatywnym.
Byłam Elarą Seraphiną Valerion. Artystką. Ocalałą.
I gdzieś głęboko w środku wiedziałam…
Moja historia jeszcze się nie skończyła.
Włochy były dopiero początkiem.
-------------






