languageJęzyk

Rozdział 4

Autor: Rosemary4 maj 2026

To szokujące, ale sześć miesięcy minęło jak jeden dzień.

Miesiące od czasu, gdy wysiadłam z pociągu z drżącymi dłońmi i sercem wciąż krwawiącym przez więź, która nigdy nie powinna zostać zerwana.

Miesiące od momentu, gdy spojrzałam Kovakowi w oczy i po raz pierwszy wybrałam siebie.

Miesiące od kiedy szepnęłam „żegnaj” dziewczynie, którą kiedyś byłam, mając nadzieję, że Florencja da mi przestrzeń, by stać się kimś nowym.

Miasto było wszystkim, co obiecywały foldery — światło słoneczne tańczące na brukowanych uliczkach, wąskie alejki skrywające przytulne kawiarnie i lodziarnie, oraz wszechobecny zapach starych książek, palonego espresso i kwitnącego jaśminu.

Ale podczas gdy wszystko na zewnątrz wydawało się ciepłe i żywe, ja pozostawałam cichym, migoczącym w środku cieniem.

Ludzie tutaj znali mnie jako cichą dziewczynę. Rzadko się odzywałam, chyba że musiałam. Nie dlatego, że nie chciałam, ale dlatego, że nie wiedziałam jak, zwłaszcza że na uniwersytecie byli i ludzie, i wilki.

Język był obcy dla moich ust i choć pilnie się uczyłam i ćwiczyłam przed lustrem, strach zawsze ściskał mi gardło w sekundzie, gdy otwierałam usta.

A co, jeśli się zaśmieją?

A co, jeśli powiem coś nie tak?

A co, jeśli przejrzą mnie i zobaczą, kim naprawdę jestem — tylko złamaną dziewczyną udającą, że jest całością?

Więc trzymałam dystans. Uśmiechałam się, gdy było to konieczne, dużo potakiwałam i pozwalałam, by milczenie było moją zbroją.

Moi koledzy z roku byli mili, większość z nich; większość to byli ludzie, ja byłam tam jedyną wilczycą, ale uprzejmość nie była w stanie zasypać oceanu różnic między mną a nimi.

Podczas gdy oni wychodzili na pizzę i lody albo włóczyli się po mieście ze śmiechem niosącym się między starożytnymi murami, ja pracowałam na późnych zmianach w bibliotece uniwersyteckiej — układając książki, skanując zwroty, odkładając na półki nieskończone strony ludzkiej wiedzy.

To nie było prestiżowe zajęcie, ale było spokojne.

Książki nie oczekiwały rozmowy.

Nie zadawały pytań, na które nie byłam gotowa odpowiedzieć.

Pozwalały mi być niewidzialną, a na razie bycie niewidzialną dawało mi poczucie bezpieczeństwa.

U Phaedry i Loriana zostałam tylko trzy tygodnie, po czym przeniosłam się do akademika. Nie dlatego, że nie doceniałam ich ciepła, ale dlatego, że nie chciałam się narzucać.

I tak zrobili już więcej niż wystarczająco — załatwili moje formalności, pomogli mi się zadomowić, a nawet zapełnili moją maleńką lodówkę świeżymi owocami i resztkami jedzenia, nad którymi płakałam, gdy nikt nie widział.

Mimo to Phaedra odwiedzała mnie często, zawsze przynosząc ciasta lub gęste zupy, które pachniały domem — pachniały miłością. Jej delikatne pukanie do drzwi mojego pokoju zawsze wywoływało lekki uśmiech na moich ustach.

„Jesteś za chuda” — mówiła tym miękkim, matczynym tonem. „Musisz więcej jeść”.

Przytaknęłam. Obiecałam, że będę.

Potem wracałam do swojego cichego pokoju i piłam jej zupę w milczeniu, pozwalając, by ogrzała moje zmarznięte zakamarki.

Malowałam, kiedy mogłam. Nie tak dużo, jak bym chciała — między zajęciami a pracą czasu było niewiele — ale zawsze miałam przy sobie szkicownik. Siadałam nad rzeką Arno lub w cieniu Duomo i rysowałam wszystko, co mnie przywołało — bezpańskie koty wygrzewające się na dachówkach, staruszki sprzedające fiołki na rogu, całujące się pary w parku.

A czasem rysowałam Myrk.

Nie taką, jaka była kiedyś — promienną i dumną — ale taką, jaką zapamiętałam z moich snów: zwiniętą w kłębek w cieniach mojego serca, z przygaszonymi oczami i futrem zmatowiałym od żalu.

Tęskniłam za nią tak, jak tęskni się za częścią własnej duszy. Bo tym właśnie była.

Próbowałam do niej dotrzeć. Każdej nocy. Zamykałam oczy i szeptałam jej imię niczym modlitwę. Ale nie odpowiadała. Jeszcze nie.

Czasem zastanawiałam się, czy odeszła na zawsze.

Czasem zastanawiałam się, czy na to zasłużyłam.

Ale wtedy przypominałam sobie głos Marty, cichy i stanowczy zarazem: „Musisz uciec od tego wszystkiego, od watahy”.

Więc szłam dalej…

Budziłam się każdego ranka i słałam łóżko.

Chodziłam na zajęcia.

Pojawiałam się na moich zmianach, nawet gdy zmęczenie wgryzało mi się w kości.

Mówiłam „buongiorno” starszemu bibliotekarzowi, który przypominał mi mojego starego nauczyciela angielskiego, i „grazie” bariście, który dawał mi dodatkowe biscotti, gdy myślał, że wyglądam na smutną.

Nie uśmiechałam się często, ale kiedy już to robiłam, było to szczere.

I powoli — tak powoli, że aż prawie bolało — zaczynałam czuć, że wciąż żyję.

Nie jako całość. Ale żyję.

Czasami przyłapywałam się na obserwowaniu innych studentów — śmiejących się, flirtujących, pokrzykujących do siebie po włosku na terenie kampusu — i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek będę taka jak oni. Beztroska. Lekka. Wolna.

Ale wolność miała dla mnie teraz inne znaczenie.

To nie były tańce o północy ani zakochanie się w obcym mieście.

To było budzenie się bez tego piekącego bólu bycia niekochaną.

To było branie głębokich oddechów i zdawanie sobie sprawy, że już nie parzą.

To była wiedza, że Kovak Thorne nigdy nie będzie mój — i bycie z tym w końcu, ostatecznie, w zgodzie.

Nie chciał mnie.

Nigdy nie chciał.

I to był jego wybór.

Ale powstanie z popiołów tego, co po sobie zostawił? To należało do mnie.

Pewnego popołudnia, podczas układania tomików poezji w bibliotece, natknęłam się na zużyty egzemplarz „Proroka” Khalila Gibrana. Otworzyłam go i przeczytałam zdanie, które uderzyło we mnie niczym piorun:

„Z cierpienia wyłoniły się najsilniejsze dusze; najwspanialsze charaktery są naznaczone bliznami”.

Nie wiedziałam, czy jestem silna.

Ale wiedziałam, że mam blizny. I wiedziałam, że nie jestem gotowa się poddać.

Tej nocy zapaliłam świecę na małym balkonie przed oknem mojego pokoju. Patrzyłam, jak płomień tańczy na tle zmierzchu i szeptem posłałam słowa na wiatr.

„Wciąż tu jestem”.

To nie było dużo. Ale wystarczyło.

I wiedziałam, że Myrk mnie usłyszała.

Może nie była jeszcze gotowa na powrót, ale słuchała.

Mogłam ją poczuć — jak odległe bicie serca echo pod powierzchnią.

Czekała... Tak jak ja.

Więc dałam jej czas. Dałam czas sobie.

I z każdym wschodem słońca nad Florencją, wybierałam życie.

By zdrowieć. By żyć.

By namalować kawałki siebie w coś zupełnie nowego.

Nie wiedziałam, co zaplanował dla mnie los. Czy miłość znów mnie odnajdzie. Czy Myrk kiedykolwiek wróci do mnie w pełni sił.

Ale wiedziałam jedno: nie byłam już tą drżącą dziewiętnastolatką.

Byłam Elarą Valerion.

I nawet jeśli świat nigdy nie wykrzyknie mojego imienia, sama wypiszę je wśród gwiazd.

Bo przetrwałam roztrzaskanie.

I uczyłam się stawać nową sobą. Silniejszą wersją.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 4: Rozdział 4 - Wiedźma, Wilk i Król Likanów | StoriesNook