**Z perspektywy Aury**
"Sloane?"
Unosząc brew, nie mogę się powstrzymać od zmierzenia wzrokiem stojącej przede mną dziewczyny. Jasne blond włosy i szmaragdowe oczy, piękne, acz zabójcze, podczas gdy jej szczupła sylwetka, mierząca 173 centymetry wzrostu, staje przede mną odziana w jasnoniebieską letnią sukienkę, delikatnie rozkloszowaną w talii, oraz w parę beżowych szpilek.
"Słyszałam, że mamusia kazała ci pomóc mi i Brantowi przy Balu Godowym" — drwi Sloane, stojąc przede mną ze skrzyżowanymi ramionami, jakby cały czas przysłuchiwała się rozmowie mojej i ciotki Lydii.
"Jakbym miała jakikolwiek wybór" — mamroczę, wbijając wzrok w podłogę. "Chociaż... Nie rozumiem, po co w ogóle musisz uczestniczyć w balu, skoro pieprzysz się z moim byłym partnerem."
Przygotowując się na uderzenie, wiedziałam, co się stanie, gdy wypowiem te słowa, i miałam rację. Zaledwie opuściły one moje usta, przyparła mnie do drzwi mojej sypialni, tak mocno, że klamka boleśnie wbiła mi się w dolną część pleców.
"Posłuchaj no, ty DZIWKO! Jaxon jest dla ciebie za dobry. Księżycowa Bogini popełniła okropny błąd, parując was ze sobą, i ten jeden raz cieszę się, że cię odrzucił" — syczy Sloane, a jej uścisk na mnie zacieśnia się.
"....P-Pierdol się" — warczę, próbując wyswobodzić się z jej objęć, z uścisku zbyt silnego jak na córkę Bety.
"To da się załatwić" — uśmiecha się złośliwie Sloane, pochylając się bliżej. "W końcu to wszystko, co Jaxon uwielbia robić, kiedy jest przy mnie."
Słysząc te słowa, nie mogę nie przypomnieć sobie tego pamiętnego dnia. Dnia, którego nigdy nie zapomnę. Właśnie skończyłam 18 lat i stałam tuż przed budynkiem liceum watahy, kiedy wyłapałam najwspanialszy zapach. Zapach sosny i dymu, ziemisty zapach, który mnie zaintrygował, ponieważ nigdy wcześniej nie czułam czegoś podobnego. Artemisia zaczęła krążyć na tyłach mojego umysłu.
'Wszystko w porządku?' — pytam ją.
'Coś czuję... Dzisiejszy dzień będzie wyjątkowy' — zauważa Artemisia, nie przestając krążyć.
'Wyjątkowy, co?' — odpowiadam, wciąż szukając źródła zapachu, aż w końcu zaprowadził mnie na skraj niewielkiej polany, niedaleko boku szkoły, prosto do osoby, do której należał.
"Nie..." — szepczę, bo ledwie kilka stóp ode mnie stał nie kto inny jak Jaxon. Jaxon Blackbriar, Przyszły Alfa Watahy Lunar Stryder i największy szkolny playboy.
**Z perspektywy Jaxona**
Ten dzień zaczął się normalnie, a przynajmniej tak normalnie, jak tylko mógł, gdy stałem, czekając na Sloane. Zostało nam zaledwie kilka minut do rozpoczęcia lekcji, a ja pragnąłem jej tak desperacko, że mój wilk Korg był cały spięty.
'Wszystko w porządku, stary?' — pytam go.
'Coś jest nie tak' — chrząka Korg, niespokojnie krążąc.
'Czujesz, co to takiego?' — pytam ponownie.
'NIE' — warczy Korg.
Właśnie wtedy, zanim zdążyłem odpowiedzieć, nagle poczułem, jak oplotły mnie dwa ramiona, a znajomy zapach owiał mnie ze wszystkich stron. Uśmiechnąłem się zadowolony, wiedząc, że to Sloane. "Kochanie" — grucha głos, który tak pokochałem, podczas gdy ona mnie obejmuje.
"Hej mała" — odpowiadam, przybliżając się, by ją pocałować. Gdy to robię, przez jej usta przemyka cichy jęk. Oboje wciąż się całujemy, kiedy nagle uderza we mnie inny zapach; zapach, który sprawia, że pragnę więcej, a Korg zaczyna mruczeć jak kociak.
'PARTNERKA' — mówi Korg, próbując jej wypatrzyć.
'Naprawdę?' — pytam, usilnie próbując ją znaleźć, ale w dyskretny sposób. Nie ma sensu, by Sloane dowiedziała się, kim ona jest, skoro i tak od początku nie byliśmy dla siebie przeznaczeni. Ale gdy mój wzrok dalej błądzi, moje oczy ostatecznie lądują na kuzynce Sloane, Aurze. Aura, jak większość dziewczyn, mierzyła około 168 centymetrów wzrostu i stała obecnie niedaleko nas, a jej długie brązowe włosy i piękne niebieskie oczy tylko potęgowały jej egzotyczne rysy i mlecznobiałą cerę.
Cholera! Jęczę w duchu; Aura była moją przeznaczoną i choć muszę przyznać, że była piękna, to ewidentnie jej nie kochałem, bo moje serce należało obecnie do Sloane, jej kuzynki.
Warcząc, zabieram Sloane dalej od szkoły, w kierunku małej polany. Zapach podążał za mną im dalej szedłem, bo Aura musiała iść za mną. Sądząc po jej wyrazie twarzy, musiała już zdać sobie sprawę, że jesteśmy sobie przeznaczeni, co tylko uczyni to wszystko jeszcze słodszym, gdy ją odrzucę.
'Lepiej tego nie rób' — warczy ostrzegawczo Korg, nie chcąc stracić partnerki danej mu przez Boginię.
'Stary... Ona jest tylko marną Omegą... Zupełnie niewarta naszego czasu ani miłości' — odrzekam mu. 'Poza tym Sloane jest o niebo lepsza, niż ona kiedykolwiek będzie, plus jest córką Bety.'
'Nie... Ja chcę partnerkę' — skomle Korg.
'No to się nie stanie i klamka zapadła'. Powiedziawszy to, delikatnie odsuwam się od Sloane i ruszam w kierunku Aury, mojej wkrótce byłej partnerki.
**Z perspektywy Aury**
Cholera! Cholera! Cholera! Zaczynam panikować, powoli obserwując Jaxona, jak zbliża się do nas. Wiem, co zaraz się stanie; jego głębokie jak ocean, błękitne oczy nie noszą w sobie śladu miłości ani akceptacji, jedynie surowy i chłodny chłód, podczas gdy jego sylwetka mierząca 175 centymetrów pokonuje krótki dystans, by się do mnie zbliżyć. Wzdrygam się, gdy po raz kolejny wyczuwam jego zapach, a Artemisia przewraca się na tyłach naszego umysłu.
'On nas nie kocha. Zamierza nas odrzucić' — mówię jej, powoli obserwując, jak Jaxon przeczesuje dłonią swoje krótkie brązowe włosy, po czym staje w milczeniu przede mną.
'Partner nas kocha' — skomle Artemisia, która również pragnęła swojego przeznaczonego.
'Nie, ON tego nie robi' — kładę nacisk na słowo ON, tylko po to, by sprawa była jasna.
"Księżycowa Bogini musi stroić sobie ze mnie okrutne żarty, parując mnie z tak słabym wilkiem jak ty" — drwi Jaxon, na co mrugam z niedowierzaniem.
"Słabym?" — pytam, zastanawiając się, dlaczego mógłby pomyśleć coś takiego, zanim nie przypomniałam sobie, że to wszystko przez Sloane, która uwielbiała rozgłaszać o mnie kłamstwa.
"Tak, słabym i żałosnym... Jesteś nikim innym jak Omegą, a ja jestem Alfą" — prycha Jaxon, najwyraźniej zbyt zapatrzony w siebie, by zdać sobie sprawę, że ja też urodziłam się jako Alfa. Tylko nie Alfa tej watahy, lecz Watahy Lunar Vale, mojej watahy, tej, która została zniszczona podczas ataku Wyrzutków.
"Skoro tak, jeśli jestem zbyt słaba, by być twoją Luną, to dlaczego by mnie po prostu nie odrzucić i mieć to z głowy" — mówię, a moje serce pęka na kawałki na myśl, że mój własny partner zdaje się w ogóle o nas nie dbać ani nie przejmować się na tyle, by dać nam szansę.
"Z wielką chęcią" — odpowiada Jaxon, a Artemisia skomle smutno w moim umyśle; obie wiemy, co zaraz nastąpi.
'Nie martw się, Artemisiu... On na nas nie zasługuje' — mówię jej z odwagą, chociaż sama znajduję w tych słowach niewiele pocieszenia.
'Masz rację, słodkie dziecko... Księżycowa Bogini da nam drugą szansę na miłość i obdarzy nas kimś, kto nas pokocha'.
Kiwając głową, wstrzymuję oddech, czekając na słowa, o których wiedziałam, że zadadzą mi ból. Rzadko zdarzało się, by wilk odrzucał swojego partnera, zwłaszcza tego przeznaczonego, ale mimo to wiele wilków robiło to tylko po to, by wziąć sobie wybranego, tego, którego pragnęli bardziej od partnera danego im przez Boginię.
"Ja, Przyszły Alfa, Jaxon Blackbriar, niniejszym odrzucam ciebie, Aurelio Silverne, jako moją przeznaczoną i przyszłą Lunę tej watahy" — padają stanowcze słowa Jaxona, a fala bólu uderza w nas, gdy nasza więź partnerów zaczyna pękać.
"Ja, Aurelia Silverne, niniejszym ak—" nagle, zanim zdążyłam dokończyć wypowiedź, dłoń Jaxona zaciska się na mojej szyi, blokując słowa, które desperacko musiałam wypowiedzieć.
"NIE! NIE zaakceptujesz tego" — warczy Jaxon, wciąż zaciskając dłoń na mojej szyi, podczas gdy moje dłonie próbują ją oderwać. Próbuje powstrzymać mnie przed dokończeniem odrzucenia, bo jakaś jego część wciąż pragnęła mieć nade mną jakąkolwiek kontrolę.
Wpadając w panikę, szybko kopię go, sprawiając, że skomle z bólu; jego dłoń w końcu puszcza, dając mi szansę, której potrzebowałam, by sfinalizować odrzucenie.
"Ja, Aurelia Silverne, niniejszym akceptuję twoje odrzucenie i zrywam wszelkie więzi z tobą oraz tytułem Przyszłej Luny tej watahy".
Gdy to powiedziałam, w końcu to poczułam: ostateczne zerwanie więzi, które powala nas oboje na kolana z bólu. Sloane szybko pomaga Jaxonowi, a ja w tym czasie...
"Tylko poczekaj, aż powiem mamusi i tatusiowi, będą na ciebie tacy wściekli za to, że próbowałaś ukraść mojego partnera" — krzyczy Sloane, podczas gdy ja próbuję złapać oddech. Ból powoli ustępuje dzięki temu, że jestem córką Alfy.
"Partnera? Prędzej skradzionego złodzieja" — cedzę przez zęby, z trudem próbując z powrotem wstać, a na mojej twarzy maluje się mordercze spojrzenie. "Miał być mój, ale przez ciebie nie jest" — i powiedziawszy to, zaczynam biec.






