Sharlene wytarła głowicę i wydrukowała pasek błyszczących zdjęć: cztery maleńkie kształty, cztery maleńkie serca zamrożone w czerni i bieli. Ściskałam je jak skarb, gładząc brzeg papieru drżącymi palcami. Dowód. Moje dzieci. Nasze dzieci.
– Potrójnie sprawdzone? – zapytałam półżartem, półmodlitwą.
Sharlene zachichotała, stukając w ekran po raz ostatni przed wyłączeniem go. – Potrójnie sprawdzone.






