ROZDZIAŁ STO PIĘĆDZIESIĄTY – POGRZEB
MARCUS
Moja dusza opuściła ciało, gdy usłyszałem te słowa. Czułem, jakby nóż przeszył moje serce i wypływała z niego krew. Słowa detektywa kłuły jak rozwścieczona pszczoła, a ja zacisnąłem mocno pięść, chowając twarz w dłoniach.
To nie może się dziać naprawdę!
„Czy jest cień szansy, że przeżyła i wyszła z rzeki?”
„Nie przy tak silnym prądzie i kamienistym dnie.






