Ashton szedł korytarzem.
Luźna czarna koszula zapinana na guziki, dopasowane spodnie, rękawy podwinięte do łokci.
Nic krzykliwego, ale nie dało się go przeoczyć.
Miał beżowy kaszmirowy szal przerzucony przez ramię, którym mnie okrył.
Potem wziął moje dłonie i rozgrzał je między swoimi. Jego palce były ciepłe.
– Zamarzasz. Dlaczego nie założyłaś czegoś cieplejszego?
– Nic mi nie jest. – Przyciągnęł






