Mimo to nie protestowałam, po prostu wstałam i pozwoliłam mu mnie podtrzymać, gdy zaczęliśmy powoli okrążać willę.
Gdy szliśmy, zerkałam na niego ukradkiem. Miał tak poważną minę, że było to niemal komiczne, jakby rozważał jakiś doniosły problem filozoficzny.
Potem, gdy przechodziliśmy obok oranżerii, nagle się zatrzymał. Ja również stanęłam, zdezorientowana.
„Potrzebujemy dwóch imion” – powiedzia






