Po tych wszystkich biegach po lesie, próbach ucieczki przed bestiami, które nas goniły, zarówno Warren, jak i ja byliśmy wyczerpani. Theo w ogóle nie wyglądał na zmęczonego. Prowadził nas z powrotem do pałacu, gdzie czekała na nas Zofia.
W chwili, gdy nas zobaczyła, Zofia podbiegła do nas, już płacząc i lamentując, zanosząc się szlochem na Warrena.
"O, jesteście! Mój drogi! Mój Królu! Tak się o ci






