*Theo*
Warren, ten drań, nie przebierał w środkach.
Klatka się otworzyła, a Warren wyszedł, nie rzucając mi nawet przelotnego spojrzenia. Miałem tylko nadzieję, że trucizna nie zdążyła na niego w pełni zadziałać, bo przecież nie dotknęła go zbyt długo.
Wyszedł z klatki z gracją i ruszył w stronę Lutra, niosąc się dumnie, jak król. Luter był z siebie zadowolony i uśmiechnął się do mojego brata. – C






