– Więc – wzdycha, opierając głowę o moją. – Wracając do kwestii imion. Jakieś ci się podoba?
– Cóż, myślałam o Ginger – mówię, kiwając głową w stronę herbaty. – Ale powiedziałeś, że nic jadalnego. Więc to odpada.
Śmieje się z tego.
– I tak nie pozwoliłbym ci nazwać naszego dziecka imieniem fikcyjnego konia.
Wciągam powietrze i patrzę na niego.
– Skąd wiedziałeś?
Kent przewraca oczami






