Zarówno Kent, jak i ja śmiejemy się, ale Don Bianci – stojący naprzeciwko nas po drugiej stronie chrzcielnicy – unosi gwałtownie wzrok, być może nie bawiąc się tym żartem tak dobrze jak my. Ale ja to po prostu ignoruję, bo tata ma rację, szczerze mówiąc – a to zbyt szczęśliwy dzień, by się przejmować.
Po końcowym błogosławieństwie wszyscy oklaskują Dominica – jemu się to podoba, mruga i rozglą






