Następnego dnia schodzę do kuchni w stroju do jazdy konnej i czekam. I czekam.
Jem śniadanie z Danielem, macham mu na pożegnanie, gdy wychodzi na zajęcia, a potem, wciąż czekając, wypijam jeszcze z pięć małych filiżanek espresso.
Jestem tak naładowana kofeiną, że niemal wibruję, gdy Kent w końcu raczy pojawić się w pomieszczeniu, które jak zwykle tętni życiem.
Nawet na mnie nie spogląda, gdy zamas






