POV Elary
Kręciłam się niespokojnie pod wzrokiem lekarki, gdy ta nastawiała mój nos na miejsce z ohydnym trzaskiem. Aua. Pieczętowało, ale mogłam oddychać znacznie łatwiej; wytarłam krew z twarzy myjką, którą mi podała, z wdzięcznym uśmiechem. Doktor Maura nie była zadowolona, przyglądając mi się. Jej niebieskie oczy zwęziły się z dezaprobatą, gdy taksowała mnie wzrokiem, zatrzymując go na kilku sińcach, które wciąż były w trakcie gojenia.
– To już trzeci raz w tym miesiącu, kiedy lądujesz w klinice – powiedziała, zaciskając usta. – Z tak zwanymi urazami, których doznałaś, Elaro. Czy jest coś, co chciałabyś mi powiedzieć? – zapytała, splatając ramiona na piersi i wiercąc we mnie dziurę wzrokiem. Przełknęłam ciężko ślinę, czując suchość w ustach.
– Nie, to był wypadek podczas treningu – wyksztusiłam. – Niczyja wina.
Byłam kiepską kłamczuchą. Miałam wrażenie, że jej oczy przenikają moją duszę.
– Hmm – mruknęła. – A ten skręcony nadgarstek wcześniej? – uniosła brew. – Albo złamane żebro miesiąc temu? – jej głos podnosił się, a ja spłonęłam rumieńcem i spuściłam wzrok. – Jest aż nadto oczywiste, że ktoś, albo kilka osób – poprawiła się z warknięciem – celowo robi ci krzywdę. Dlaczego nie powiesz o tym Alfie i Lunie? – zażądała. – Takie zachowanie nie powinno być tolerowane w Watasze Szkarłatnego Księżyca.
Wiedziałam, że chce dobrze i ma najlepsze intencje. Doktor Maura była jedną z niewielu osób w watasze, które nie uważały mnie za potwora ani kogoś, kto tu nie pasuje. Zdawała się szczerze o mnie troszczyć. Ale Alfa i Luna pozwalali, by to się działo. Czy robili to przez niewiedzę o zachowaniu członków watahy, czy przez jawne przyzwalanie – nie wiedziałam. Ale poinformowanie ich o znęcaniu się nade mną tylko pogorszyłoby moją sytuację, zwłaszcza że wiedziałam, że ich to nie obejdzie. Biorąc pod uwagę, że Luna Vanya była niegdyś bliską przyjaciółką mojej matki, bolało to szczególnie. Kiedy byłam młodsza, była mi bliska, ale tak jak wszyscy inni, obwiniła mnie za to, co stało się tamtego dnia, i odwróciła się ode mnie.
– Dziękuję, doktor Mauro, ale nie chcę pogarszać spraw bardziej, niż już są – powiedziałam cicho.
– Jak sprawy mogą być jeszcze gorsze, Elaro? – głos lekarki był łagodny, a oczy pełne troski. – Teraz to może tylko jeden uraz tu czy tam, ale nie masz wilka, co oznacza, że twoje leczenie jest wolniejsze i bardziej bolesne. Co się stanie, jeśli to zacznie eskalować? Jeśli przerodzi się w coś więcej niż tylko drobne skaleczenia? – zapytała zmartwiona.
Zmusiłam się do uśmiechu. – Na razie to tylko głupie żarty – powiedziałam jej cicho – i w końcu znudzi im się czepianie mnie.
Nie wyglądała na przekonaną moimi kłamstwami. – Może powinnam porozmawiać z twoim ojcem – zaczęła, a ja pośpiesznie uniosłam rękę, powstrzymując ją.
To była ostatnia rzecz, jakiej potrzebowałam. Ojciec byłby na mnie wściekły i chciałby wiedzieć, co w ogóle robiłam w klinice.
– Nie, proszę – błagałam. – To ostatnia rzecz, jakiej mi trzeba. Uzna mnie po prostu za słabą i żałosną. Córka Bety, która ciągle daje się ranić i nękać... – pokręciła głową. – Lepiej, żeby nie wiedział – zawołałam.
Przecież nie mogłam jej powiedzieć, że to mój ojciec i przyrodnia siostra stoją za wieloma moimi urazami. Widziałam, jak zagryza wargę, tocząc wewnętrzną walkę, a ja wpatrywałam się w nią, wciąż prosząc i niemal błagając wzrokiem.
Westchnęła. – No dobrze, ale jeśli to się powtórzy, nie będę miała wyboru i poinformuję Alfę Kaelena i Lunę Vanyę – ostrzegła. – Jako przywódcy watahy mają prawo wiedzieć, gdy jeden z jej członków jest w ten sposób maltretowany. Bez względu na to, co o tym myślisz.
Skinęłam głową i szybko wybiegłam z gabinetu, zanim zdążyła dodać coś jeszcze. Wiedziałam, że w przyszłości będę musiała być bardziej ostrożna z przychodzeniem do kliniki. Będę musiała ograniczyć wizyty albo przestać tam chodzić, żeby powstrzymać doktor Maurę przed spełnieniem groźby. Wyszłam przez główne drzwi na zewnątrz, trzymając głowę nisko. Udało mi się dotrzeć do domu bez incydentów, tylko po to, by zastać w środku czekającą na mnie Morrigan z panicznym wyrazem twarzy.
– Gdzie ty się, u licha, podziewałaś? – zaczęła, zanim zauważyła krew na moim ubraniu po złamanym nosie oraz sińce na twarzy.
– O bogowie, umyj się, zanim czegokolwiek dotkniesz – wtrąciła, wykonując gwałtowny gest i marszcząc nos. – Nie chcę, żebyś coś pobrudziła – dodała pospiesznie.
W jej głosie nie było ani krzty troski o to, że stała mi się krzywda; martwiła się jedynie o swój dom. Westchnęłam i chciałam ją ominąć, ale zatrzymała mnie, znów chwytając za ramię.
– Co? – zapytałam, starając się na nią nie warknąć.
– Nie używaj przy mnie tego tonu – syknęła, mierząc mnie wzrokiem. – Przebierz się w coś odpowiedniego, bo za chwilę musimy spotkać się z Alfą i Luną. Chcą cię widzieć – dodała, oddychając ciężko i wyglądając na jeszcze bardziej roztrzęsioną.
– Mnie? – zapytałam, patrząc na nią z szeroko otwartymi oczami. – Dlaczego, do cholery, mieliby chcieć się ze mną widzieć? – zażądałam wyjaśnień.
Co się działo? Alfa i Luna ledwie wiedzieli o moim istnieniu. Dlaczego mieliby prosić o spotkanie właśnie teraz? Czy zrobiłam coś, co wymagało kary? Czy Vespera zrobiła coś, by wpędzić mnie w jeszcze większe kłopoty? Przygryzłam wargę ze strachu.
Morrigan wyglądała na sfrustrowaną. – Nie wiem, czego od ciebie chcą – powiedziała lodowato. – Wiem tylko, że musisz się doprowadzić do porządku i zachowywać nienagannie. – Posłała mi potępiające spojrzenie. – I ostrzegam cię teraz: masz milczeć o tym, co się tutaj dzieje, jeśli życie ci miłe – zagroziła.
Omal się nie roześmiałam. Jakby ich to obchodziło na tyle, by to przerwać. Ale twarz Morrigan była już prawie fioletowa z wściekłości, więc uznałam, że lepiej jej nie prowokować ani nie drażnić bardziej.
– Dobrze – odpowiedziałam wzruszeniem ramion. – Mogę już iść? Czy mamy się po prostu spóźnić? – zapytałam nieco opryskliwie.
Mój nos wciąż pulsował bólem, co wprawiało mnie w uparty nastrój. Macocha zacisnęła usta, walcząc o zachowanie spokoju. – Idź – rzuciła krótko, wyglądając na poirytowaną. – Pospiesz się – dodała głośno. – Nie chcę kazać im czekać.
Przewróciłam oczami. Gdybym wiedziała, że Alfa i Luna chcą się ze mną widzieć, wróciłabym do domu wcześniej. Tak czy inaczej, ruszyłam szybko po schodach do łazienki i odkręciłam wodę pod prysznicem. Nie odważyłabym się stanąć przed Alfą i Luną bez umycia się.
Zanim zeszłam na dół, Morrigan krążyła po korytarzu tam i z powrotem, wyglądając na spanikowaną i obgryzając wargę.
– W końcu – powiedziała, chwytając mnie za ramię i wyciągając z domu, kierując się prosto do domu watahy. – Czekają na nas.
– Po co? – zapytałam, wyrywając ramię i idąc obok niej z przekorą.
– Bóg raczy wiedzieć. Przez te wszystkie lata ani słowa w twojej sprawie, a nagle chcą cię widzieć i rozmawiać – wymamrotała Morrigan. – Mam nadzieję, że nagle nie obudziło się w nich sumienie względem ciebie – dodała z grymasem.
Nic nie odpowiedziałam. Nawet jeśli nagle obudziło się w nich sumienie albo poczuli żal, nie zamierzałam im wybaczyć tego, że porzucili mnie, gdy najbardziej ich potrzebowałam. Moja matka uważała ich za swoich najlepszych przyjaciół, a kiedy zmarła, zostawili mnie na łaskę watahy i mojej tak zwanej rodziny. Resztę drogi przeszłam w milczeniu, z kamienną twarzą.






