Poranne powietrze uderzyło we mnie jak policzek, gdy wyszłam na zewnątrz – chłodne, ostre i zdecydowanie zbyt jasne dla kogoś, kto nie przyjął jeszcze kofeiny. Czworaczki były już w samochodzie, kłócąc się o muzykę, jedzenie albo prawdopodobnie o istnienie manier.
Wślizgnęłam się na siedzenie kierowcy, wciąż półprzytomna, i sięgnęłam po pas, gdy przed moją twarzą pojawił się kubek.
– Co to? – zapy






