Amy wciąż wrzeszczy i drapie mnie po ramionach. Nawet nie potrafiłabym powiedzieć, co ona mówi, i w najmniejszym stopniu mnie to nie obchodzi. Gdy tylko docieram na skraj werandy, podnoszę ją z siłą napędzaną dawką adrenaliny i rzucam, zawodzącą, na trawę. Zeskakuję na dół, przygważdżając ją nogami, chwytam jedną ręką za czubek jej głowy i odchylam do tyłu, by mogła zobaczyć w akcji tutejsze szale






