Rozdział 107
Perspektywa Ewy
Mężczyzna ruszył naprzód, a jego buty chrzęściły na żwirze. Cień jego wysokiej sylwetki stawał się coraz większy, gdy się zbliżał, każdy krok rozważny i powolny, niczym drapieżnik okrążający ofiarę. Mocniej ścisnęłam kierownicę, a puls dudnił mi w uszach.
Kim on, do cholery, jest?
Szybko rozejrzałam się po parkingu. Był pusty, upiornie cichy, z wyjątkiem słabego świstu






