— Kaszel... kaszel... — oddech Marcusa znów stał się rwany i krótki. Cała jego postać emanowała przytłaczającą, mroczną aurą.
— Może to i lepiej, że nie żyjesz. Jako niczego niewarty darmozjad oszczędzisz mi martwy wielu kłopotów.
— Jako twój ojciec nie wychowałem cię dobrze. To moja wina. Spoczywaj w pokoju.
Po zobaczeniu ciała syna Marcus oddalił się, kuśtykając przy pomocy swojego asystenta.
—






