Punkt widzenia Declana
Stoję przed domem watahy, trzymając Ezrę, podczas gdy czekamy na konwój pojazdów. Rozglądam się, obserwując, jak Jaxson i jego wojownicy wchodzą w interakcje z niektórymi członkami stada, którzy powoli wychylają się ze swoich domów. Nie wszyscy tutaj są źli. Ale większość z nich jest.
Widzę, jak niektórzy stoją za drzewami, zerkając na nas. Wiem, że są ciekawi, wiedzą, że ich Alfa nie żyje. Próbują odgadnąć, czy mamy wobec nich złe zamiary, czy nie... Czy jesteśmy tu po to, by ich uratować, czy by stać się ich kolejnym koszmarem.
Ale pośród nich są też tacy, których nie jesteśmy pewni. Nie wiemy, po której stronie stoją.
Czy to dobrzy ludzie? Czy po prostu wykonywali robotę, którą im zlecono, bo Alfa im kazał?
Czy może zgadzali się z tym, co się działo, i brali udział we wszystkich tych potwornych czynach?
To są wojownicy, z którymi walczyliśmy. Ci, których nie zabiliśmy, ale zmusiliśmy do poddania się.
To ci, którzy teraz spacerują dookoła i uśmiechają się, podchodząc do nas i dziękując za zabicie Alfy.
Obserwuję, jak Jaxson i moi główni wojownicy próbują ich wybadać. Próbują ustalić, czy są dobrzy, czy źli.
Po kilku chwilach zdaję sobie sprawę, że mały chłopak w moich ramionach już nie drży ani nie skamle.
Spojrzałem w dół, ale nie widziałem jego twarzy. Więc sięgam dłonią i unoszę jego głowę. Była bezwładna w moich rękach, a jego oczy były zamknięte. Mój żołądek zwinął się w supeł, skupiłem się na nim, nasłuchując bicia jego serca. Wypuściłem powietrze z ulgą, kiedy je usłyszałem. Przez moment myślałem, że maluch tego nie przetrwał.
Ale okazuje się, że on po prostu śpi.
Odsunąłem włosy z jego twarzy, patrząc na biednego, małego dzieciaka w moich ramionach. Jak ktokolwiek mógł zrobić to dziecku?
Gdybym najpierw zobaczył tego chłopca, nigdy nie zabiłbym Alfy w taki sposób. Zabrałbym go z powrotem do mojej watahy, wrzuciłbym do lochu, a potem powoli zabijał.
Spoglądam w bok i przewracam oczami.
"Jaxson!... Przestań!"
Krzyknąłem do mojego głupiego Bety przez więź. Patrzyłem, jak niemal wyskakuje z własnej skóry, po czym odsuwa się od dziewczyny, z którą właśnie flirtował.
Odwraca się i patrzy na mnie, drapiąc się w tył głowy.
"Co?... Dziwisz mi się? Stary, ona jest cholernie gorąca!"
"Jaxson, jeśli nie nauczysz się trzymać tego cholerstwa w gaciach, przysięgam na Boginię, że coś złapiesz!"
"Nie, nie złapię, i dobrze o tym wiesz! Jesteśmy wilkołakami i choroby weneryczne dla nas nie istnieją!"
Powiedział ten idiota z uśmieszkiem na twarzy, podchodząc do mnie.
"I tylko ktoś taki jak ty by z tego powodu dziękował! Przestań maczać ten kij we wszystkim, co się do ciebie uśmiechnie!"
"Nie maczam go we wszystkim, co się do mnie uśmiecha!... Nie umoczyłem go w tobie, a ty uśmiechałeś się do mnie milion razy!"
Stwierdził ten kretyn, sprawiając, że musiałem puścić malucha prawą ręką, aby móc zdzielić go w tył głowy.
"Ał!" jęknął, rozcierając sobie głowę.
"Masz szczęście, że trzymam tu tego malucha, bo byłoby o wiele gorzej!"
Poczułem ulgę, gdy zobaczyłem sznur pojazdów wjeżdżających na podjazd.
Wreszcie, możemy stąd uciec z tej piekielnej dziury.
"Udało ci się znaleźć kogoś, kto byłby w stanie utrzymać to miejsce w ryzach, dopóki nie dotrze tu jeden ze starszych?"
Zapytałem Jaxsona, który miał właśnie to robić, a nie podrywać członków stada.
"Tak, podobno ten facet z rudymi włosami, tam dalej, ma w sobie krew bety.
Choć sam nigdy nim nie był, ani jego ojciec. Ale pomyślałem, że wystarczy do czasu przybycia starszych."
Odparł Jaxson, co sprawiło, że jęknąłem i przewróciłem oczami.
Szlag!... Pomyślałem, spoglądając na osobę, którą właśnie wskazał Jaxson.
"Maddox i Zendaya, możecie tu podejść?"
Powiedziałem przez łącze, a chwilę później oboje wyszli z domu watahy.
"Wiem, że wam się to nie spodoba, ale potrzebuję, żebyście tu zostali i pilnowali tego miejsca do czasu przybycia starszyzny.
Ponadto, gdybyście mogli rozejrzeć się i sprawdzić, czy te biedne dusze, które wychylają się zza tamtych drzew, chcą iść z nami.
Nie ci idioci tutaj, ale ci, którzy ukrywają się i boją się z nami rozmawiać. O nich najbardziej się martwię."
Obserwowałem, jak Zendaya skanuje linię drzew, patrzę, jak jej twarz łagodnieje, gdy zaczyna dostrzegać przerażone twarze zerkające na nas zza pni.
"Zajmę się tym, Alfo. Zdam ci raport trochę później."
Złożyła szybki pocałunek na ustach Maddoxa, po czym ruszyła w kierunku drzew.
Ona jest idealną osobą do tego zadania. Jest zaciekłą wojowniczką, co zrozumiałe, zważywszy, że jej przeznaczonym jest mój główny dowódca wojowników.
Ale jest też bardzo miłą i delikatną osobą o ogromnym sercu.
Obserwowałem, jak podjeżdża sznur SUV-ów, a moi wojownicy zaczęli kierować się w ich stronę, trzymając na rękach omegi. Rozglądam się i jestem zszokowany tym, jak wielu omeg tu jest. Nigdy wcześniej nie widziałem aż tylu w jednym miejscu.
Musi ich być ponad dwudziestu... To naprawdę sporo! I najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że każdy z nich był ofiarą znęcania.
Wiem, że trzech z nich znalazło już dobry dom, a gdy pokonają wszystko, przez co przeszli, będą szczęśliwi. Dwójka, która znalazła swoich przeznaczonych z mojej watahy,
I ten mały chłopak w moich ramionach. Nie wiem dlaczego, ale coś wewnątrz ciągnie mnie do niego. Coś mi podpowiada, że to ja jestem tym, który ma się nim zaopiekować.
Nie, żebym uważał go za swojego przeznaczonego, to raczej... Jakby był rodziną, młodszym bratem.
Już zdecydowałem, że to ja go przygarnę i będę się nim opiekował, jakby był moim własnym dzieckiem.
Naprawię tę złamaną duszę.
![Ocalony przez Alfę: Blizny Noaha [MM]-placeholder](/images/default.webp)
![Ocalony przez Alfę: Blizny Noaha [MM]](https://cos.storiesnook.com/2026/03/27/2f8b2936c0ba4205abe3cbe5f4a6913c.jpg?imageMogr2/crop/190x328/gravity/centerd)




