Linc zamawia dużą pizzę z wszystkimi moimi ulubionymi dodatkami. Brzmi na spanikowanego. Chcę się śmiać, ale wtulam się tylko głębiej w ciepłą pościel. Wstaje, żeby przynieść mi szklankę wody i wraca z batonem proteinowym, który znalazł w kuchni. Pochłaniam go. Pędzi z powrotem po następny. Tego jem powoli. W końcu mam siłę mówić.
"Kiedy zemdlałam?" - pytam, uśmiechając się na to wspomnienie. Siad






