Pozostali zbiry wycofali się na skraj baru, obserwując Chrisa z nieufnością, podczas gdy czekali na powrót swojego szefa. Ich wcześniejsza brawura wyparowała, zastąpiona przez autentyczny strach.
Wokół nas nieliczni klienci, którzy nie uciekli, szeptali między sobą, rzucając w naszą stronę nerwowe spojrzenia. Wyłapywałam fragmenty ich rozmów: „...lokalny gang...”, „...nie wiedzą, z kim zadarli...”






