Quinn wstała, zaniepokojona przerażeniem malującym się na twarzy Juliusza – tak odległym od szczęścia, jakie sobie wyobrażała.
– Tak, jestem. Już osiem tygodni. Nie cieszysz się?
Juliusz milczał.
Wcześniej – przed spotkaniem z ojcem, przed chłodnymi ostrzeżeniami starca – byłby w siódmym niebie. Zachwycałby się silniejszą więzią między nimi i marzył o dziecku, które nosi w sobie ich wspólną krew.






