Leonard nie miał innego wyjścia, jak tylko to znieść.
"Już... idę..." wycedził przez zaciśnięte zęby, a na jego twarzy wykwitł wymuszony uśmiech, który przypominał raczej grymas bólu.
Odwrócił się i ruszył w stronę najdalszego zakątka ogrodu. W chwili, gdy tam dotarł, uderzył w niego potężny odór – cuchnący, kwaśny i zgniły, z ostrym, rybim nalotem, który przeszył go na wylot.
Natychmiast zakrył u






