Maeve
Resztę poranka spędziłam brnąc przez wysoką trawę, która po wyjściu słońca i wyschnięciu obciążonych źdźbeł, odzyskała swoją zwykłą wysokość. Walczyłam z niesforną trawą, której ostre, suche źdźbła nieustannie zaczepiały o moją koszulę i kuły skórę na rękach i szyi.
– Niech cię diabli, Aaronie – wysyczałam, w końcu wyłaniając się z pola na zadbane tereny zamkowe. W ogrodzie nie było zwykłych






