Obserwowałam, jak mój klon odchodzi z Warrenem po udawaniu złamanej kostki. Służba tak się o nią martwiła, że zrozumiałam, iż kimkolwiek jest, jest tu kochana.
Jednak, rozglądając się, stałam we własnym ogrodzie, bojąc się pokazać twarz.
Warren wrócił do miejsca, w którym stałam, upewniając się, że nikogo innego nie ma w ogrodzie.
– Już jej nie ma? – zapytałam, patrząc mu w oczy.
Przytaknął. – Pod






