– Cóż – mruczy Kent, trącając nos mój nos. – Moglibyśmy po prostu nadać dziecku imię i mieć to z głowy. Wtedy nie musiałabyś polegać na warzywach, których i tak nienawidzisz.
Wystawiam lekko język, przyznając mu rację i czuję, jak jego śmiech wibruje mu w piersi.
Drzwi otwierają się ponownie i Janeen wychodzi z małą tacą, na której stoi zestaw imbryka i filiżanek nie do pary. Ku mojemu zasko






