Wczesnym rankiem dwa dni później, zanim słońce w ogóle wschodzi, przewracam się w łóżku i całuję Kenta delikatnie w ramię.
– Kent – szepczę, na tyle głośno, że wiem, iż to go obudzi. – Kent, wstawaj.
Mruga trochę, marszcząc brwi, a potem zaciska powieki mocniej. – Nie – mruczy, odwracając się ode mnie.
– Kent! – mówię, śmiejąc się i kładąc dłoń na jego ramieniu, by delikatnie nim potrząsną






