Burza wciąż warczy na zewnątrz, sama wiatrem i szeptem, ale jest teraz cichsza – może zmęczona. Jakby traciła impet. Siedzę po turecku na łóżku, kolana przyciągnięte do klatki piersiowej, ubrana w jeden z t-shirtów Ashera, który praktycznie połyka mnie w całości. Pachnie nim – czymś sosnowym, czystym, mrocznym – i chociaż jest mi teraz ciepło, wciąż łapię się na tym, że przyciskam nos do kołnierzy






