156(2)
„Jezu, Jay!” – krzyczę, potykając się, ale on chwyta mnie za ramię i odciąga od samochodu.
„Idziemy” – warczy Jay, wlokąc mnie chodnikiem.
Szarpię ramię, próbując się wyrwać. „Jay! Co jest, do cholery? Nic mi nie było!”
„Wcale nie było w porządku” – warczy, a jego głos jest ostry jak brzytwa. „O mało nie dałaś się wepchnąć do samochodu jakiegoś przypadkowego dupka. Tak wyobrażasz sobie dobr






