POV Elise
Złapałam gwałtownie powietrze, a moje ścięgna napięły się do granic możliwości. Moje ciało walczyło samo ze sobą, błagając o uwolnienie swojej okrutniejszej, bardziej pierwotnej formy, ale zacisnęłam zęby, powstrzymując się. Bliźnięta były wystarczająco bystre, by wiedzieć, że moja niespodziewana przemiana sygnalizuje niebezpieczeństwo, a nie chciałam, by się bały – jeszcze nie teraz.
Wtedy drzwi skrzypnęły i otworzyły się, a całe powietrze uszło ze mnie w jednym wydechu.
To był on. Oczywiście, że on. Szerokoramienny, z potarganymi włosami, nieogolony – jak mogłam wyobrażać sobie kogokolwiek innego? Garret uśmiechał się do nas promiennie, a jego oczy w ciepłym świetle kuchni miały barwę ostrego bursztynu. Przez plecy miał przerzuconego martwego rogacza. Jego szyja była rozszarpana, a język bezwładnie zwisał z pyska – przekonująco martwy, pomyślałam, i przez to tym bardziej apetyczny.
Cassia i Ronan pisnęli z taką radością, że niemal spodziewałam się, iż przemienią się spontanicznie, tak jak to robili, gdy byli zbyt mali, by nad tym panować. Jednak zachowali swoje postaci, wyrywając się z mojego ochronnego uścisku i rzucając się najszybciej jak to możliwe w czekające ramiona ojca. Garret mocno potrząsnął ramionami, zrzucając truchło jelenia na sąsiedni stół, i bez wysiłku zgarnął oboje w górę.
Poczułam, jak odprężam się, opierając o bok kuchenki. Niech to, Elise, weź się w garść. Tamte dni minęły. Nie było się czego bać. Nie tutaj. Tutaj nie było nic poza moimi dziećmi, mężem i naszym absurdalnie pięknym domkiem w najdalszych zakątkach amerykańskiego stanu Vermont. Moje własne resztki strachu – na wpół uświadomione wspomnienia cieni o świcie, lśniących zębów i srogich, czarnych oczu – były tylko tym. Wspomnieniami.
Garret pocałował każde dziecko w głowę, najpierw Cassię, potem Ronana, a potem oboje jeszcze raz dla pewności. Opierając się o framugę drzwi, uniósł jedną kudłatą brew w moim kierunku, a jego usta wykrzywiły się w pytającym wyrazie. – Elise, miałem cię o coś zapytać – powiedział. Jego ton był nienaturalnie przygaszony, chłodny jak żelazo. Bliźniaki znieruchomiały w jego ramionach, wodząc szeroko otwartymi oczami między nami.
Powstrzymałam uśmiech cisnący się na usta. – Doprawdy?
Skinął głową z powagą. – Widzisz, kiedy polowałem, poczułem się... powiedzmy... zaniepokojony pewną kwestią.
– I jaka to kwestia?
– Wydawało mi się, że ktoś ma dzisiaj urodziny... ale za nic nie mogłem sobie przypomnieć czyje. Czy to nie dziwne? Zawsze czuję się tak źle, gdy zapominam o czyimś wyjątkowym dniu, ale za skarby świata nie mogłem...
Ostatnia sylaba ledwo opuściła jego usta, gdy bliźnięta zaczęły go okładać piąstkami, skomląc w proteście. Zakryłam usta dłonią i zachichotałam. Byli więcej niż oburzeni; w ich małych oczkach czaiła się fucha, a przynajmniej jej dziecięcy odpowiednik. Nigdy nie zaznali prawdziwego gniewu i dopóki żyję, nigdy go nie zaznają.
– O, o, czekajcie – powiedział Garret, dramatycznie kuląc się pod ciosami bliźniaków. – Chyba... chyba zaczynam sobie przypominać...
– To wcale nie jest śmieszne! – upierała się Cassia przez uśmiech. – Nie wolno ci o tym zapomnieć!
– To ważne! – dodał Ronan.
– Macie całkowitą rację. Nie wierzę, że tak postąpiłem... to pewnie ta starość. – Zacisnął usta i skinął głową. – Pamięć już nie ta, co dawniej... powiedzcie mi jeszcze raz, ile macie lat? Pięć? Sześć?
– Nie, nie! – zawołali chórem.
– Chcecie mi powiedzieć, że macie cztery? – Opadła mu szczęka. – Nie możecie mieć już siedmiu...
– Mamy osiem! – wrzasnęła Cassia, oburzona, uderzając ojca w ramię.
– Osiem? Mon dieu, czas naprawdę ucieka. – Jego oczy znów spoczęły na mnie, a w moim żołądku coś drgnęło. Nawet po tym wszystkim – ponad dekadzie małżeństwa i związku trwającym jeszcze lata wcześniej – wciąż potrafił sprawić, że czułam się jak nastolatka spalająca się z zauroczenia. – Cóż, skoro naprawdę macie całe osiem lat... powiedziałbym, że to wymaga jakiejś celebracji, nie uważacie?
– Tak! – piskunął Ronan, podczas gdy Cassia potakiwała z entuzjazmem graniczącym z furią.
– Dobrze się składa, że upolowałem dla nas tę wyjątkową kolację. – Skłonił głowę w stronę rogacza. – Świeższa niż świeża, mes amours. Tylko to, co najlepsze, na tak wyjątkowy dzień. A wasza matka... no, co my tu mamy? – Trzymając po jednym dziecku na każdym biodrze, podszedł do mnie, robiąc wielkie przedstawienie z wciągania powietrza nosem. – To jakaś zupa, prawda? Czy mogę tylko...
Postawił ich oboje na ziemi i wyciągnął rękę w stronę parującego garnka. Natychmiast go odklepnęłam. Chciałam wierzyć, że nie jest na tyle szalony, by naprawdę włożyć dłoń do prawie wrzącej wody, ale nigdy nie byłam pewna, jak daleko posunie się w swoich absurdalnych żartach.
– Nie dotykaj, papo – skarciłam go. – I nie dawaj złego przykładu les petits chiots. Wiesz lepiej.
– Przypuszczam, że wiem. – Zamrugał powoli, a jego czoło zmarszczyło się w udawanym przygnębieniu. Odpędziłam go ręką. Śmiejąc się, oparł się o ścianę, przenosząc ciężar ciała na jedną nogę. – Ale naprawdę, co tam masz? Pachnie niebiańsko.
– Cóż, wygląda na to, że twoja wersja nieba nie żałuje czosnku – powiedziałam. Podniosłam drewnianą łyżkę z blatu i leniwie zamieszałam w garnku. – W piecu jest chleb, zamierzam też przygotować jajka w koszulkach. Z tym i mięsem razem, myślę, że będziemy mieli posiłek godny nawet najbardziej głodnych rosnących szczeniąt. A jesteście głodni, prawda? – Rzuciłam ostatnie słowa przez ramię i w nagrodę usłyszałam radosną wrzawę potwierdzenia. – Więc idźcie na górę i umyjcie się; oboje jesteście uwaleni błotem. Nie wychowałam was jak zwierzęta.
Roześmiali się z tego. To był stary żart, niesamowicie głupi, ale wart uśmiechów, jakie zawsze wywoływał na ich twarzach. Każde z nich uścisnęło ojca ostatni raz w pasie, po czym odwrócili się i pognali, przekrzykując się w próbach wyścigu na schodach. Patrzyłam za nimi przez kilka długich chwil, napawając się ciepłem pod mostkiem.
– Naprawdę szybko dorastają, prawda?
Gdy dzieci zniknęły, z jego głosu wyparował żartobliwy ton, choć wciąż brzmiał w nim blask uśmiechu. Odwróciłam się, by napotkać jego wzrok. Wciąż opierał się o ścianę z założonymi rękami, a w jego jasnych oczach igrał łagodny błysk.
– Myślałam o tym samym – przyznałam. – To brzmi jak banał, dopóki sama tego nie przeżywasz.
– Myślę, że tak jest z wieloma rzeczami.
– Ach tak? Na przykład z jakimi? – Udawałam, że wracam do zupy, ale wiedział tak samo dobrze jak ja, że cała moja uwaga skupiona jest na nim – na jego cieple, bliskości i chrypce w głosie.
– No wiesz... miłość. Strata. Sprawy sercowe. Nawet poeci nie potrafią oddać niektórym rzeczom sprawiedliwości. – Podłoga skrzypnęła, gdy zrobił krok w moją stronę, a ja pozwoliłam powiekom opaść, podczas gdy moja ręka znieruchomiała na łyżce wazowej.
– Komuś zebrało się na romantyzm. Czyżby polowanie tak cię nakręciło, chéri?
– Może po prostu uwiodła mnie genialna... zupa mojej żony – wymruczał tuż przy moich włosach.
– Miałam zamiar zrobić francuską cebulową – powiedziałam – a potem przypomniałam sobie, że mam męża bardziej wybrednego niż moje ośmioletnie dzieci, który nie poznałby się na dobrym smaku, nawet gdyby ten podszedł i ugryzł go w tyłek.
– Brak smaku w jedzeniu, jasne, przeżyję to. – Dreszcze przebiegły mi po plecach, gdy położył dłoń na moim ramieniu, muskając kciukiem dół mojego płatka ucha. – Ale lubię myśleć, że niektóre rzeczy wybieram bardzo dobrze.
– Na pewno.
Jego drugie ramię oplotło moją talię i nie opierałam się, gdy przyciągnął mnie blisko. Był na tyle silny, że mogłam praktycznie bezwładnie opaść w jego uścisku, opierając głowę o jego klatkę piersiową, bez najmniejszej obawy o upadek. Jego usta musnęły przedziałek w moich włosach, wysyłając kolejną falę dreszczy wzdłuż kręgosłupa.
– Wiesz – szepnął mi do ucha – skoro ta dwójka jest już taka duża, może czas pomyśleć o kolejnych. Niedługo, być może. Tak szybko, jak...
Pociągnął mnie delikatnie za włosy. – Dziś wieczorem?
Z trudem, i bez większego skutku, walczyłam z rumieńcem na policzkach. – Jesteś brudny – powiedziałam – pod wieloma względami, panie Rhodes. – Odsunęłam się z lekkim żalem, otworzyłam oczy i wróciłam do mieszania. – A teraz może pójdziesz na górę i sam się umyjesz?
– Bez chociaż jednego pocałunku od mojej pięknej żony?
Pozwoliłam mu obrócić mnie delikatnie, po czym uniosłam podbródek, by na niego spojrzeć. Wciąż był młody, zaledwie o parę lat starszy ode mnie, ale lubiłam myśleć, że rodzicielstwo go zmieniło. Ta chłopięca niechlujność nabrała tonu dojrzałości, którego wcześniej nie było, pewnej skromnej mądrości, która czaiła się w siwych nitkach jego brody i zmarszczkach mimicznych wokół kryształowych oczu. Mogłabym patrzeć na niego w nieskończoność, ale nie dał mi szansy, pochylając się do pocałunku. Westchnęłam w jego usta. Smakował polowaniem, żelazem otulonym sosnowymi igłami, wciąż rozgrzany dreszczem zwycięstwa. Dopiero gdy jego język zaczął droczyć się z moim, odsunęłam się, dając mu na do widzenia lekkiego klapsa w policzek.
– Dosyć tego, ty niedorzeczny człowieku. Idź się umyć. Ja przygotuję resztę.
Tym razem posłuchał, ale nie bez ostatniego skradzionego całusa w policzek. Puścił mi oko, po czym niemal wbiegł po schodach, zostawiając mnie znów samą w kuchni.
O czym to ja myślałam, zanim wrócił do domu? Ten niemożliwy facet miał niebywały talent do wymazywania każdej innej myśli z mojej głowy, gdy tylko wchodził do pokoju. Nie była to może najbardziej pomocna cecha u partnera życiowego, ale Garret miał swoje sposoby, by to nadrabiać. Zupa, właśnie to. Czegoś brakowało. Rozważałam to jeszcze przez chwilę, po czym w duchu wzruszyłam ramionami i sypnęłam kilka dodatkowych razy czarnym pieprzem. W każdym razie, nie mogło to zaszkodzić.
Na górze rury mruknęły i woda pod prysznicem zaczęła syczeć. Zwróciłam uwagę na rogacza. Będą chcieli go na surowo, oczywiście, ale mogłam przynajmniej poćwiartować go na mniejsze kawałki. Potem pozostanie tylko kwestia przygotowania jajek, rozdzielenia porcji i – oczywiście – lukrowania ciasta, które ukryłam w piekarniku obok piekącego się chleba. Przyznaję, że w tym roku trochę przesadziłam, ale samo oczekiwanie na miny dzieciaków wystarczało, by dodatkowa praca była tego warta. Jak zwykle kłócili się o to, jaki smak chcą. Ronan błagał o waniliowy, podczas gdy Cassia upierała się przy czekoladowym, więc postanowiłam spróbować swoich sił w cieście marmurkowym. Kiedy ostatnio sprawdzałam, wyglądało cholernie dobrze.
Słońce zaczynało powoli chować się za horyzontem, zalewając kuchnię głębokim, bursztynowym światłem. Wzięłam długi, niski oddech. Spokój rodził się długo, ale w końcu tu był. Miałam piękny dom, dwójkę idealnych dzieci i męża, który doprowadzał mnie do szaleństwa. Nawet begonie, pomyślałam, dadzą sobie radę.
A co do tego podskórnego niepokoju, tego cichutkiego szeptu, że coś może być nie tak... moja intuicja zawsze była niezwykła; był to talent dzielony przez nasz gatunek. Instynkt zwierzęcy, tak to pewnie można nazwać. Ale miałam też skłonność do paranoi. Na pewno to nic więcej.
Wszystko było w porządku.
Musiało być.






