languageJęzyk

Rozdział 3 - Elise

Autor: MMOLLY12 cze 2026

POV Elise

Cassia pierwsza zbiegła po schodach, jej jasne włosy były zaplecione w warkocz, a bawełniana biała spódnica wirowała wokół szczupłych nóg. W sukienkach zawsze wyglądała trochę komicznie, choć nigdy bym jej tego nie powiedziała. Bardziej przypominała lalkę z bajki niż małego łobuza, którym – jak wiedziałam – była w rzeczywistości. Uśmiechała się od ucha do ucha, a gdy dotarła do podnóża schodów, wykonała dla mnie efektowny obrót, prezentując, jak spódnica unosi się w powietrzu. Zaklaskałam kilka razy, a ona dygnęła w odpowiedzi.

– To ci dopiero stylizacja, demoiselle – powiedziałam.

Zachichotała z ukontentowaniem, po czym nagle spoważniała, a jej oczy zrobiły się wielkie. Zerknęła na schody, wyciągając małą szyję, by dojrzeć jak najwięcej, po czym podeszła do mnie na paluszkach. – Maman, mogę ci powiedzieć sekret? – szepnęła.

– Oczywiście, że tak. Wszystko na świecie.

skinęła na mnie, a ja posłusznie przyklęknęłam, opierając jeden łokieć na kolanie. Musiałam zapanować nad twarzą, by zachować powagę. To zawsze była wyjątkowa okazja, gdy któreś z dzieci decydowało, że można mi powierzyć ich głębokie, mroczne sekrety. Ich zaufanie było dla mnie najbardziej kojącą rzeczą na świecie.

Cassia pochyliła się bliżej, poruszając lekko ramionami. Czekałam, aż przemówi, ale milczała.

– Mów śmiało – zachęciłam ją. – Nie pisnę nikomu ani słowa, obiecuję.

Mrugnęła do mnie raz, potem drugi, tym razem bardziej znacząco. Z moich ust wyrwało się westchnienie.

– Nie zrobiłaś tego!

– Proszę, nie gniewaj się! – Zrobiła pół kroku w tył, a ja wyciągnęłam rękę.

– Nie, nie, wcale nie – ale – chodź tutaj, pozwól, że ci się lepiej przyjrzę – powiedziałam.

Zastanawiała się przez chwilę, po czym podeszła. Rzeczywiście, było to tam – subtelne, ale obecne. Wzięła coś, co mogło być tylko moimi kosmetykami, i zafundowała sobie pewną metamorfozę. Nie mogłam powstrzymać lekkiego podziwu. W jej wieku od razu rzuciłabym się na karminową szminkę i brokatowe fioletowe cienie do powiek, ale wyglądało na to, że gust Cassii był znacznie skromniejszy. Na jej ustach lśniła odrobina błyszczyka, a policzki mieniły się różem, poza tym jej twarz była naturalna.

– Wiesz, zawsze mogłaś zapytać – powiedziałam, wyciągając rękę, by odgarnąć kilka zabłąkanych kosmyków z jej oczu. – Z wielką chęcią pokazałabym ci, jak używać tych wszystkich rzeczy.

– Czy zrobiłam to źle? – zapytała, ściągając brwi.

– Nie, nie, skądże znowu. Wyglądasz uroczo. Wątpię, bym mogła nauczyć cię robić to lepiej, ale i tak z przyjemnością pomogłabym ci kiedyś poeksperymentować, jeśli będziesz chciała – powiedziałam łagodnie.

Jej twarz rozjaśniła się tym szczególnym odcieniem czystej radości, który znają tylko dzieci. – Naprawdę? Naprawdę wyglądam dobrze? I pomogłabyś mi?

– Naprawdę – obiecałam. – Na razie jednak – czy twój ojciec i brat wiedzą, co zmalowałaś?

Pokręciła głową, a warkocz latał jej na wszystkie strony.

– Cóż, umówmy się tak: nic im nie powiemy. Zobaczymy, czy zauważą. Faceci bywają dość nierozgarnięci w takich sprawach, wiesz? Założę się, że spędzą całą kolację, głowiąc się, co w tobie dzisiaj takiego wyjątkowego.

– Dobrze!

Puściłam do niej oko, a ona próbowała odwzajemnić ten gest. Nie opanowała jeszcze sztuki zamykania tylko jednego oka na raz, więc wyszedł z tego raczej przesadny grymas, a jej mały nosek zmarszczył się z wysiłku.

Wstałam dokładnie w momencie, gdy Ronan zbiegał pędem po schodach. Wyglądał całkiem elegancko w małym szarym garniturze, który kupiłam mu na ostatnie Boże Narodzenie. Chwilę później pojawił się Garret, gwiżdżąc bez melodii, z jedną ręką wsuniętą do kieszeni kamizelki w kolorze wina. Poczułam, jak gorąco uderza mi do szyi na jego widok, i szybko odwróciłam się, by zająć się nakładaniem jedzenia.

– No, wszyscy wyglądacie bardzo szykownie – powiedziałam. – Teraz czuję, że sama powinnam była się postarać i trochę wystroić!

– Już jesteś ładna, maman – upierała się Cassia. – Prawda, papo? Myślisz, że jest ładna, prawda?

– Myślę, że jest właściwie najładniejszą kobietą na całym świecie – poza tobą, oczywiście – powiedział Garret.

– Nie, ona jest ładniejsza – powiedziała Cassia całkiem poważnym głosikiem. – Ale może będę do niej podobna, jak dorosnę.

– Nie będziesz – skontrował Ronan. – Będziesz wyglądać dziwnie. Jeszcze dziwniej niż teraz.

– Zamknij się!

– Nie zmusisz mnie!

– Dobra, wy dwoje, spokój. – Mając gotowe talerze, zaczęłam nosić je do stołu, balansując z jednym w każdej ręce. Dzieci wskoczyły na swoje miejsca, a Garret przystanął za swoim krzesłem, opierając dłonie na jego misternie rzeźbionym oparciu.

– Potrzebujesz pomocy, Elise?

– Dotarłam z tym aż tutaj – powiedziałam, stawiając miski z zupą dla niego i dla siebie. – Myślę, że dam radę przynieść parę naczyń bez łamania sobie kręgosłupa. Ale wiesz co, skocz po zapałki i świeczki, dobrze? Wiem, że te małe urwisy nie przełkną ani kęsa, dopóki chociaż nie popatrzą na swój tort.

Na słowo „tort” oczy Cassii i Ronana zrobiły się tak wielkie jak talerze przed nimi. Wymienili spojrzenie – coś sekretnego między nimi, co tylko oni mogli zrozumieć, jak to u bliźniaków – po czym usiedli bardzo prosto z rękami złożonymi na kolanach.

– Bardzo byśmy tego chcieli – zgodził się Ronan.

– Bardzo – Cassia energicznie przytaknęła.

– Nie wybiegajcie przed szereg. Nie ma jedzenia tortu przed kolacją. Możecie tylko zdmuchnąć świeczki, to wszystko.

Trochę ich to rozczarowało, ale natychmiast odzyskali humor, gdy postawiłam tort na stole przed nimi. Polewa była czekoladowa i Cassia wyglądała na triumfującą.

– Mówiłam, że to mój rok! Ostatnio mieliśmy waniliowy!

– Wcale nie – upierał się Ronan, ale w jego głosie brzmiał nadąsany ton pokonanego. Udawałam, że nie słyszę. Nie było potrzeby zdradzać im mojej małej niespodzianki przed czasem.

Garret wrócił ze świeczkami i ostrożnie powbijał je w ciasto: szesnaście sztuk, osiem dla Cassii i osiem dla Ronana. Dawaliśmy każdemu z nich własny zestaw, odkąd skończyli pięć lat i o mało nie skoczyli sobie do gardeł, kłócąc się o to, kto zdmuchnie ostatnią świeczkę. Na torcie robiło się już dość tłoczno. W którymś z nadchodzących lat będę musiała piec dwa.

– W porządku – powiedział, kończąc je zapalać. – Zróbmy to.

– Światło zgaszone, światło zgaszone! – ponaglały bliźnięta. Pstryknęłam przełącznikiem, pogrążając nas w ciemności rozświetlonej jedynie blaskiem świec. Wiwatowali, po czym uciszyli się, gdy Garret i ja zaczęliśmy im śpiewać.

– Happy birthday to you... happy birthday to you...

Jak zawsze, gdy dochodziło do imion, ja wypowiedziałam najpierw imię Ronana, a Garret Cassii. Nasze nakładające się głosy brzmiały nieco komicznie, ale szeroki uśmiech mojego syna w moją stronę z nawiązką to wynagradzał.

– ...Happy birthday to you.

Zdmuchnęli świeczki przy naszych oklaskach, a ja zapaliłam światło. Z szesnastu knotów uniosły się smużki dymu.

– Brawo – powiedział Garret. – Wiecie, że jeśli nie uda się zdmuchnąć wszystkich na raz, to przynosi pe...

Nagle szarpnął głową w bok, a jego nozdrza zadrżały. Jego alarm był tak silny, że przyspieszył bicie mojego własnego serca. Odwróciłam się, by podążyć za jego wzrokiem. Za szerokim oknem jadalni zaczęły gęstnieć cienie zmierzchu. Poza sponiewieranymi szczątkami begonii nie widziałam nic niepokojącego.

– Co się stało, mon amour? – Zdołałam wypowiedzieć te słowa lekkim tonem, ale w gardle zaschło mi na wiór.

– Ja tylko... – Jego oczy biegały tam i z powrotem pod ściągniętymi brwiami. – Wydawało mi się, że coś słyszałem. Tam, w lesie.

– W lesie jest mnóstwo rzeczy – zauważył Ronan. On i jego siostra byli nieświadomi napięcia między mną a Garretem; widzieli tylko ogrom jedzenia rozłożony przed nimi. Tak było lepiej, pomyślałam.

– Masz rację – powiedział mąż. Jego żartobliwy ton nie pasował do ostrych rysów twarzy. – To pewnie tylko lis albo coś w tym stylu. Albo mały jelonek szukający taty. Przykro mi, Bambi, jemy twojego papę na kolację!

– To makabryczne – powiedziałam, mimo że dzieci się śmiały. Garret zerknął na mnie i z ulgą zauważyłam w jego oczach ponowne ciepło.

– Cóż, taka prawda! I będzie pyszny, obiecuję wam to. Zakładając, że nikt nie odwalił fuszery przy przygotowaniu mięsa?

– Krwiste i czerwone, dokładnie tak, jak wy, stworzenia, lubicie – powiedziałam. Powoli usiadłam, a on poszedł w moje ślady chwilę później, sięgając po wspomniane mięso. – Spróbujcie też zupy. Spędziłam nad nią większość dnia.

– Jak można spędzić większość dnia nad zupą? – zapytał mój syn.

– Nie mówi się z pełnymi ustami, Ronan.

Zrobił wielkie przedstawienie z połykania gigantycznego kęsa dziczyzny, po czym zapytał ponownie. – Nie, ale serio, jak?

– Sam jestem tego ciekaw – dodał Garret. – To nie może być aż tak skomplikowane, prawda?

– Chciałabym zobaczyć, jak sam próbujesz – odcięłam się. – Większość składników trzeba ugotować wcześniej, w osobnych partiach, a przygotowanie wywaru od zera to sama w sobie droga przez mękę, nie wspominając o czasie potrzebnym na wolne gotowanie...

Urwałam. On znów patrzył w okno.

Po kilku chwilach ciszy potrząsnął lekko głową i wrócił do jedzenia. – Cóż, założę się, że będzie pyszna. Nie sądzicie, dzieciaki? – Oboje przytaknęli z buziami zbyt pełnymi, by odpowiedzieć słowami.

Ich mógł oszukać, ale mnie nie. Kiedy my, wilki, łączymy się w pary, to nie jest to samo co ludzki związek. Stajemy się czymś innym, nierozerwalnie związanym na poziomie głębokim jak sama krew. To zmiana chemiczna w równym stopniu co emocjonalna, stapiająca wszystko – od uczuć po nasze charakterystyczne zapachy. To dlatego nigdy nie mogliśmy się okłamać. I choć teraz nie kłamał, to nie mówił też całej prawdy. Paranoja, która na krótko dopadła mnie w kuchni, zaczęła wracać z dziesięciokrotną siłą, aż włosy na karku mi dęba stanęły. Oplotłam ramionami barki, mając nadzieję ukryć gęsią skórkę, która zaczęła mnie pokrywać. Mimo to bliźnięta trwały w błogiej nieświadomości. Pochłaniały posiłek, jakby nie jadły od tygodni, przy okazji solidnie się brudząc.

Cokolwiek niepokoiło Garreta, nie było powodu, by się nad tym teraz rozwodzić. Może to naprawdę drobnostka – coś, na co natknął się w lesie, wściekły borsuk albo kępa trujących jagód, od których musielibyśmy trzymać dzieci z daleka. Nic więcej, na pewno. Nikt nie chronił dzieci bardziej niż on, nawet ja. Gdyby uważał, że grozi nam niebezpieczeństwo, powiedziałby coś. Żadne przyjęcie urodzinowe nie było warte ryzyka... ryzyka czego? Nawet nie chciałam myśleć, co by to mogło być.

Zresztą, wydawał się znów sobą. Nawet nie zauważyłam, kiedy dzieci dobrały się do tortu, ale wypychały sobie nim buzie, zachwycone niespodzianką w postaci marmurkowego wnętrza, podczas gdy on droczył się z nimi obojgiem.

– Uważajcie, bo tak się napchacie, że jutro rano nie będziecie mogli chodzić! – śmiał się Garret.

– To się nie dzieje!

– Owszem, dzieje się – mnie zdarzyło się mnóstwo razy – powiedział do Cassii.

– Kłamiesz!

– Czy ja bym cię kiedyś okłamał? O – chwileczkę, masz coś na twarzy – Garret mazał policzek Cassii czekoladowym lukrem, a ona wrzasnęła, wyrywając się i wylewając przy tym połowę swojej zupy.

– Na litość boską, uspokójcie się trochę – powiedziałam, ale równie dobrze mogłabym mówić w obcym języku, sądząc po tym, ile uwagi mi poświęcili. Ich głosy tylko przybrały na sile, śmiech mieszał się z radosnymi piskami. Wywróciłam oczami i wstałam po ścierkę. Najlepiej było zetrzeć tę zupę ze stołu, zanim zniszczy lakier.

Właśnie kierowałam się z powrotem do kuchni, gdy frontowe drzwi zadrżały pod ciężarem mocnego, zdecydowanego pukania.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 4: Rozdział 3 - Elise - Księżycowy Żar: Srebrna Zemsta | StoriesNook