Kiedy wchodziliśmy po schodach na ganek, dom watahy był pięknie zwyczajny. Moskitiera zaśpiewała na zawiasach, korytarz spowijała mgiełka masła i cynamonu, a ktoś zostawił na schodach maleńką skarpetkę niczym białą flagę. Tata przywitał nas ze szpatułką w ręku i spojrzeniem, które mówiło „wszyscy cali”, po czym zepsuł pozę twardziela, mierzwiąc mi włosy. – Naleśniki stygną.
– Zaraz to naprawię – p






