languageJęzyk

Dateline

Autor: Aeliana8 lut 2026

**Gino – Gdzieś w Vegas. Mniej więcej poranek „po”.**

Gino obudził się w dmuchanym basenie pełnym świecących pałeczek. To nie była metafora. W ustach miał posmak żalu i kwasu akumulatorowego. Jego oczy czuły się tak, jakby ktoś zafarbował mu rogówki brokatem i grzechem; włosy miał lepkie. Dlaczego były lepkie? Czy to lukier?

Usiadł zbyt szybko. – Ała, kurwa…

Coś chrupnęło. Świecąca pałeczka eksplodowała na niebiesko na jego udzie.

– Okej. Okej. Oddychaj. Żyjesz. Prawdopodobnie.

Rozejrzał się po zdemolowanym Airbnb.

Ludzie chrapali w kątach. Ktoś zemdlał twarzą w pizzy. Ściany były pokryte neonową farbą do ciała i czymś, co mogło być… cytatami motywacyjnymi?

***Ugh, muszę znaleźć Enzo i musimy wracać. Jestem pewien, że matka kwoka Nico już panikuje.***

Ale Enzo?

Ani śladu.

***Szlag.***

Gino wstał zbyt gwałtownie i natychmiast musiał usiąść z powrotem. Podłoga się przechyliła. Albo on.

***Okej okej okej okej…***

***Gdzie, do cholery, jest Enzo.***

Poklepał się po kieszeniach. Brak telefonu. Brak portfela. Brak godności.

Wtedy uderzyło go to jak ciężarówka.

Burning Man.

Brokat do picia.

Dziewczyna w bikini z kuli dyskotekowej oferująca „kosmiczny pył”. Enzo wyglądający na głęboko, głęboko nieimponowanego. A potem… nic.

Kompletna dziura w pamięci.

– Oooooo mój Boże, zgubiłem bossa mafii.

Gino zakrył twarz obiema dłońmi. – Enzo mnie, kurwa, zabije. Albo gorzej – jego *matka* mnie zabije, bo on już nie żyje. A potem mnie wskrzesi tylko po to, żeby zabić mnie znowu.

Wstał ponownie, zachwiał się, nadepnął bezpośrednio na czyjąś rękę i kulejąc ruszył w stronę drzwi wyjściowych.

– Okej. Okej. Jest w porządku. Pewnie wrócił do hotelu. To Enzo. On jest niezniszczalny.

Zatrzymał się w drzwiach.

– …Prawda?

Start spirali egzystencjalnej.

Bo Enzo może i był niezniszczalny.

Ale Vegas?

Vegas, kurwa, *nie było*.

**Ekipa Enzo 7:27 RANO**

Napięcie trzaskało wewnątrz penthouse'u Vero Lux, silnie strzeżonego centrum dowodzenia imperium Enzo Marchesiego.

Nico krążył po marmurowej podłodze; telefon ściskał tak mocno, że zbielały mu knykcie. – Brak sygnału. Brak poczty głosowej. Brak telefonu na kartę. Żadnego śladu.

– Nie zameldował się wczoraj w nocy? – zapytał Lorenzo, odpychając się od eleganckiego baru. Jego krawat wciąż był poluzowany, ale ton głosu stał się teraz całkowicie rzeczowy.

– Ani słowa – powiedział Nico. – Nawet do Luce.

Dom podniósł wzrok znad monitorów ochrony, z ponurym wyrazem twarzy. – A co z Gino?

– Gorzej – stwierdził Nico beznamiętnie. – Telefon Gino jest wyłączony. A historia jego lokalizacji mówi, że ostatni raz widziano go gdzieś poza cholerną pustynią Nevada.

Zapadła chwila osłupiałej ciszy.

– Powiedzcie mi, że Enzo nie pozwolił, by Gino faktycznie zaciągnął go na Burning Man – mruknął Dom.

Nico przejechał dłonią po twarzy. – Wyjechali dwa dni temu. Powiedział, że to „szybka ucieczka biznesowa”.

– Jezu Chryste. – Lorenzo wstał, opierając ręce na biodrach. – I my mu na to *pozwoliliśmy*?

– Powiedział, że to *poza siecią*. Żadnych detali. Żadnej ochrony. – Głos Nico stał się ostrzejszy. – Nigdy tego nie robił. Nigdy. Odkąd przejął tron.

Dom odsunął się od monitorów i wstał. – Powinien był się już zameldować.

Nico skinął głową. – A Gino nie odpowiada? To mnie martwi. Gdyby to był tylko Enzo robiący nam numer, Gino już by się chwalił. Wrzuciłby selfie z emotikoną ognia czy coś.

– Chyba że ktoś zgarnął ich obu.

Pokój znów zamilkł.

Lorenzo skrzyżował ramiona. – Uruchamiamy oczy w Vegas?

– Wszystkie – potwierdził Nico. – Ciche przeszukanie. Jeśli do wieczora nic nie będziemy mieć…

– …eskalujemy – dokończył ponuro Dom.

Nie było nic więcej do dodania.

Nie brakowało im tylko szefa.

Brakowało im głowy rodziny Marchesi. A gdziekolwiek był Gino, ten mały, ociekający brokatem bękart za to zapłaci.

**LOLA – 10:41 RANO**

Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał, gdy Lola szarpała się z zamkiem, próbując jednocześnie upiąć włosy w kok i przejechać balsamem po ustach.

Jej klientka już czekała – ramiona skrzyżowane, stopa wystukująca rytm, jakby stała tam przed trybunałem ds. zbrodni wojennych.

– Jesteś jakieś trzydzieści minut spóźniona – warknęła kobieta, wchodząc do środka sprężystym krokiem, jakby była właścicielką tego cholernego miejsca. – Mam zarezerwowaną sesję całodniową.

***A ja mam grecki posąg przywiązany do łóżka, tak właściwie.***

Zamiast tego posłała jej swój najbardziej przepraszający uśmiech. – Wiem. Naprawdę przepraszam. Wystąpiła, eee… sytuacja.

Kobieta parsknęła, przerzucając swój platynowy warkocz przez ramię. – Gdybym jutro nie wylatywała, przełożyłabym wizytę.

***Och, proszę, zrób to. Z przyjemnością poszłabym zająć się moim przypadkowym zakładnikiem.***

Lola wskazała na zdezynfekowane stanowisko i wsunęła rękawiczki. Kobieta opadła na fotel z gracją głównej cheerleaderki karzącej służbę.

– Tatuaż na kręgosłupie, prawda? – zapytała Lola, sprawdzając notatki. – Robimy ozdobny sztylet z filigranem?

– I różami. Trzema. Nie czterema. Nie chcę, żeby wyglądało na zatłoczone.

***Ugh, już za dużo gadania, głowa mi pęka.***

Schyliła się, by wziąć pakiet z kalką, a przez ten czas Stephanie nawijała o tym, jak nieprofesjonalne jest spóźnianie się i że jeśli Lola miała się spóźnić, mogła przynajmniej bardziej o siebie zadbać.

***Ta kobieta jest powodem, dla którego tatuatorzy robią niestosowne rzeczy swoim klientom, kiedy ci nie patrzą, suko.***

Prawie zapomniała, co zrobiła zeszłej nocy. Prawie.

Ale przypomnienie było głośne i wyraźne: metr dziewięćdziesiąt trzy furii związane jak urodzinowa pieczeń w jej mieszkaniu.

A nastawienie tej kobiety?

***KONIEC, dostanie kutasa prosto w ten dolny płatek róży. Miejmy nadzieję, że nigdy nie zauważy.***

Lola ostrożnie dopasowała kalkę, zgrywając ją z krzywizną kręgosłupa klientki. – Daj znać, jeśli poczujesz, że jest krzywo.

– Nie – westchnęła kobieta. – Jest dobrze. Po prostu… zaczynaj. I nie gadaj za dużo. Muszę przemedytować ból.

***Suko, mam nadzieję, że ten filigran skończy wyglądając jak jaja u nasady tego trzonu.***

Gdy maszynka zaczęła brzęczeć, jej myśli znów odpłynęły.

Do jedwabnych lin. Łóżka. Morderczego spojrzenia.

Do sposobu, w jaki wypowiedział jej imię, jakby wkładał je do jakiejś pancernej szafki na później.

Zostawiła go związanego z poduszką pod głową i szklanką wody na szafce nocnej, do której wyraźnie nie mógł sięgnąć.

***To było tymczasowe rozwiązanie bardzo trwałego o-kurwa. Czemu nie założyłam mu czapki z piwem, żeby miał przynajmniej co pić, jak mnie nie będzie. Dlaczego go tam zostawiłam…?***

Bo prawda była taka… że nie wiedziała, kim on jest.

Szaleniecem? Oszustem? Jakimś zbiegiem?

***A co, jeśli jest łowcą nagród? Albo aktorem w jakimś wiralowym pranku, który poszedł nie tak? Albo naprawdę zaangażowanym striptizerem, którego występ zboczył na dzikie tory? Okej. Myśl. Zdecydowanie nie striptizer – zbyt poważny. Nie glina – chyba że ten naprawdę podejrzany rodzaj. Może najemnik? Albo jakiś dupek z prywatnej ochrony, któremu przez przypadek wrzucono pigułkę gwałtu? Albo… albo jakiś egzekutor od krypto z czarnego rynku? Czy to w ogóle istnieje? Boże, pewnie ma gościa, który usuwa odciski palców.***

Zmrużyła oczy, patrząc na linie, które tatuowała.

***Ma taki sam nos i uszy jak Gino, może są spokrewnieni? Czy Gino mówił coś o swoim kuzynie pracującym w „rodzinnym interesie”? Czy to był eufemizm na coś? Coś… okołokasynowego?***

Żołądek jej się ścisnął.

***Nie. Nie ma mowy.*** Gino ledwo ją znał. Po prostu lubił się tatuować i flirtować, ale wspominał o kuzynie, prawda? Jakimś gościu w drogim garniturze, który „tym rządził”.

***Nie. Nie myślę o tym. Zdecydowanie nie wpadam w spiralę. Zdecydowanie nie wyobrażam sobie, że mogłam porwać szefa kasyna łamane przez pracza brudnych pieniędzy.***

Zamrugała, patrząc na tatuaż, i uśmiechnęła się słodko.

– Ups – szepnęła, wsuwając słabo ukryty, falliczny zawijas w dolną różę.

Skorygowała nieznacznie maszynkę, prowadząc igłę z ostrożnością.

***Ale chwila. Gino powiedział kiedyś coś dziwnego…***

Uderzył ją błysk wspomnienia – nocna sesja tatuażu, Gino na haju od adrenaliny i napojów energetycznych, paplający bez sensu.

*„To rodzinna sprawa”* – powiedział. – *„Duży, staroszkolny włoski biznes. Mój kuzyn teraz rządzi większością. Gość jest intensywny. Ostry jak brzytwa. Bogaty w chuj. Ma połowę Stripu, w tym jedno z najbardziej luksusowych kasyn. Ale nie słyszałaś tego ode mnie, okej?”*

***Chwila. Chwilachwilachwila.***

***Kuzyn. Kasyno. Intensywność typowa dla mafii.***

Lola zamrugała, igła wciąż bzyczała.

***Nie porwałam po prostu gorącego faceta. Porwałam gorącego faceta szefa.***

Zatrzymała się w połowie linii.

***…Albo samego szefa.***

Przełknęła ślinę, ciężko.

***Jezu. Jeśli to zmieni się w wojnę mafijną, będę tą kretynką z programu kryminalnego z mugshotem i cytatem w stylu: „Wyglądał tak symetrycznie, myślałam, że jest bezpieczny”. Jakie są jednak na to szanse?***

Tatuowała dalej, mechanicznie, jej ręce poruszały się na autopilocie, podczas gdy jej mózg rozwijał się jak serpentyna w tunelu aerodynamicznym.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 2: Dateline - Kac Vegas Panna Młoda: Pomyłka w Mafijnym Małżeństwie | StoriesNook