Jego umysł pędził, szczęki miał zaciśnięte, a dłonie ściskały kierownicę tak mocno, że kostki zbielały.
Rezydencja Blackwellów wznosiła się dumnie w oddali, gdy się zbliżał; jej wysokie bramy otworzyły się automatycznie po zeskanowaniu tablicy rejestracyjnej. Wszystko w tej posiadłości było nieskazitelne, wyreżyserowane, kontrolowane – tak jak jego ojciec. Ale w środku byli ludzie, których kochał,






