Idąc ramię w ramię, docieramy do jeziora, a ja w końcu zatracam się, wpatrując się w wodę. Lea ma szczęście. Poświęcenie jej siostry sprawiło, że Księga Rodowa, ich Libris, została pieczętowana.
Po jej zapieczętowaniu uważa się, że rodzina zapłaciła już wystarczająco dużo. Rodzice oddają swoje pierworodne dziecko, a w zamian zyskują pewność, że nie stracą już żadnego ze swoich dzieci, a także małą sakiewkę monet, która pozwoli im wyżywić się przez rok. Drobna jałmużna w zamian za utratę dziecka na zawsze.
— Słuchasz mnie?
Mrugam, wyrywając się z zamyślenia.
— Przepraszam. — Uśmiecham się zakłopotana. — Co mówiłaś?
— Nie martw się. — Znowu ten smutny uśmiech. — Jestem pewna, że masz wiele na głowie. Mówiłam, że wczoraj, podczas spaceru z moją mamą, Felippo, syn piekarza, zatrzymał się, żeby z nami przez chwilę porozmawiać. Nie mógł przestać na mnie patrzeć, może…
— Może…? — Jej policzki różowieją. — Podoba ci się Felippo?
Próbuje mnie zignorować, patrząc na wszystko, byle nie na mnie. Mimo to nie poddaję się i zaczynam szturchać ją w bok, zmuszając, by spojrzała na mnie przez śmiech.
— Nie bądź głupia, Felippo jest zbyt...
— Zbyt jaki?
— Zbyt ułożony.
— Zbyt ułożony? — Unoszę brew. — Ty jesteś najbardziej ułożoną osobą, jaką znam.
Wyswobadza ramię i zaczyna iść tyłem, powoli się obracając w trakcie mówienia.
— Owszem, i właśnie dlatego pragnę kogoś, kto jest zbuntowany, żądny przygód, kogoś, przy kim poczuję, że żyję. Nie chcę kogoś tradycyjnego i typowego — chcę kogoś, kto popchnie mnie do robienia nowych rzeczy.
— Chcesz przyprawić swoich rodziców o zawał serca — stwierdzam.
Znów się śmieje, wirując wokół własnej osi, idąc dalej ścieżką. Docieramy do jej końca, co jest znakiem, że czas zawrócić i udać się do zacisza naszych domów. Ja jednak mam na ten wieczór inny plan. Wracamy po własnych śladach, a kiedy dochodzimy do końca, zatrzymuję się przed Leą i patrzę jej prosto w oczy.
— Dzisiaj wracam do domu sama — oznajmiam. — Potrzebuję kilku chwil dla siebie.
— Elaro, to nie jest dobry pomysł. Ściemnia się, nie możesz wracać sama…
— Leo, proszę… — mówię błagalnie. — Nie zostało mi wiele czasu, niedługo nie będę miała tych spacerów, nie będę miała czasu dla siebie. Nawet na myślenie.
Szelest rąbka jej sukni rozlega się na żwirze, gdy podchodzi bliżej i mocno mnie przytula. Pozwalam jej się pocieszać, wdychając słodki, fiołkowy zapach jej włosów. Czuję drżenie jej ramion i wtedy wiem, że płacze. Staram się, by łzy nie zamgliły mi wzroku. Przez całe życie byłyśmy przyjaciółkami, a teraz jedna z nas musi pożegnać się z drugą na zawsze, nawet jeśli ona nie zdaje sobie sprawy z moich ostatecznych zamiarów. Nie otrzyma moich listów, ponieważ jestem tak przerażona moim przeznaczeniem, że zamierzam uciec przed nim jak tchórz.
— Ciii, już dobrze… — Gładzę ją po plecach kojącym gestem. — Wszystko będzie dobrze, napiszę do ciebie i opowiem, jak wygląda mój nowy dom. Będzie tak, jakbym wciąż tu była.
Kłamstwo smakuje jak popiół.
Odsuwa się ode mnie, nie mogąc powstrzymać szlochu, który wyrywa się z jej ust. Kciukami ocieram łzy płynące po jej policzkach i obdarzam ją lekkim uśmiechem.
— Będę do ciebie pisać tyle listów — obiecuje. — Tyle, że aż się mną zmęczysz.
— To niemożliwe.
— Opowiem ci o wszystkim, co odkryję w moich książkach, opowiem ci o Felippo i każdym innym, który pojawi się podczas naszych spacerów…
— Chcę znać szczegóły ślubu z Felippo — przekomarzam się. — Znowu się rumienisz!
— Jesteś idiotką!
Przytula mnie ponownie i kończy pożegnanie lekkim machnięciem dłoni i okrzykiem.
— Do jutra!
Gdy idzie ścieżką, kilkakrotnie odwraca się przez ramię, żeby na mnie spojrzeć, a ja stoję w miejscu, dopóki jej pomarańczowe fale włosów nie znikną mi z oczu.
Wypuszczam powietrze, które wstrzymywałam w piersi, i osuwam się na ziemię, gdzie roślinność jest wyblakła i sucha. Nie zawracam sobie głowy zbieraniem spódnic — to, jak bardzo pobrudzi się moja suknia, nie ma już znaczenia.
Niebo powoli przybiera odcień ciemnego błękitu, a jedynymi dźwiękami, które mi towarzyszą, są szum wiatru, ruch wody i kołysanie koron drzew. Jezioro znajduje się na jednym z krańców wioski, na najbardziej wyludnionym obszarze. Pierwszy zamieszkany dom jest oddalony prawdopodobnie o setki metrów. Nie wypada, by młode damy tu przychodziły, a tym bardziej przebywały same w tak odległym i odludnym miejscu. Moi rodzice by tego nie pochwalili.
Zrzucam buty z okrągłymi noskami, a potem rajstopy. Czuję ziemię pod stopami, gdy zaczynam iść w kierunku brzegu.
Kiedy woda dotyka moich palców, przebiega przeze mnie dreszcz, który paraliżuje całe moje ciało. Robię kolejny krok, a potem jeszcze jeden.
Moje ciało nie przyzwyczaja się do zimna — lodowata grudniowa woda jest niczym setki wbijających się we mnie igieł. Choćby było to nie wiem jak bolesne, nie zatrzymam się. Mam cel i nie zamierzam z niego rezygnować.
Moja pierś protestuje, gdy drżące ciało wciska we mnie fiszbiny gorsetu. Idę dalej, woda zakrywa mi klatkę piersiową, a moje zęby nie przestają dzwonić. Nie czuję palców u stóp i z trudem poruszam dłońmi. Posuwam się jeszcze trochę naprzód, walcząc o utrzymanie się na powierzchni.
Każda minuta jest jak ziarnko piasku spadające w klepsydrze, odliczające czas do końca.
Krok po kroku moje całe ciało drętwieje, a zimno przyćmiewa nawet mój umysł. Z moich drżących ust uciekają małe obłoczki oddechu.
Nadchodzi moment, w którym moje stopy wydają się tak ciężkie, że przestaję nimi poruszać i nieruchomieję, pozwalając, by moja głowa zapadała się pod wodę, cal po calu.
Powietrze uchodzi ze mnie, gdy daję nura. Szok związany z całkowitym zanurzeniem w tak zimnej wodzie jest brutalny. Przesadny spokój, jaki w niej panuje, jest wręcz niepokojący.
Tonię powoli, zawieszona w wodzie, obserwując, jak moje włosy unoszą się wokół mnie, podczas gdy ani moje ramiona, ani nogi nie potrafią zdobyć się na wysiłek, by płynąć i wypłynąć na powierzchnię. Zimno wbija się we mnie niczym lodowe pale.
Moja pierś protestuje. Płonie i mogłabym przysiąc, że naciskają na nią czyjeś ręce, ściskając ją.
Mimowolnie otwieram usta, szukając powietrza i znajdując jedynie wodę. Krztuszę się. Wstrząsa mną spazm, wzrok mi się rozmywa, a ciężar własnego ciała ciągnie mnie coraz głębiej i głębiej.
Kolejne skurcze przebiegają przez moje ciało, burząc spokój wody, i bez względu na to, jak bardzo staram się poruszyć ramionami, one nie reagują.
Nawet jeśli pragnę śmierci, instynkt przetrwania jest silny, ale raz po raz przypominam sobie, że właśnie tego chcę.
Mój wzrok staje się zdradziecki, pokazując mi coś, co wygląda jak twarz, która znika natychmiast, gdy tylko mrugam.
Krawędzie mojego pola widzenia ciemnieją, niczym brzegi płonącej fotografii.
— Musisz żyć, musisz żyć…
Słowa te zostają wyszeptane w wodzie.
— Musisz żyć, musisz żyć.
Moje powieki stają się coraz cięższe, podobnie jak uczucie, że coś zmierza w moim kierunku.
— Ten akt tchórzostwa mnie rozczarowuje.
Coś w tych słowach wywołuje we mnie wściekłość.
Wlewają się we mnie niczym kwas przeżerający moje żyły.
Ogarnia mnie fala wstydu.
Nie mogę tego zrobić. Nie mogę tego zrobić moim rodzicom. Mojemu rodzeństwu.
Libris nie jest zapieczętowana — to przez mnie Silas będzie musiał trafić na Czerwoną Aukcję. Nie mogę go na to skazać — to jest moje brzemię, wyłącznie moje.
Próbuję otworzyć oczy, walczyć z wodą, ale jest już za późno.
Nieważne, jak bardzo się staram, moje ciało odmawia posłuszeństwa.
— Głupia dziewczyna.
Histeria sprawia, że znów otwieram usta, a woda tryska do mego wnętrza, wypełniając mi płuca i dławiąc moje krzyki.
Włosy przesłaniają mi wzrok, owijając się wokół mojej szyi jak pętla.
Spoglądam w górę i widzę tylko czerń. Jestem daleko od powierzchni.
Ta tajemnicza twarz zbliża się, coraz bliżej, coraz bliżej...
Na moment tracę przytomność, a kiedy odzyskuję zmysły, moja twarz spoczywa na brzegu jeziora, ubrudzona mokrą ziemią.
Moja suknia wciąż unosi się na wodzie, a moje nogi pozostają zdrętwiałe.
Wbijam łokcie w ziemię, aby wyciągnąć resztę mojego ciała z wody.
Moje dłonie drżą, a kiedy zerkam na swoje palce, widzę, że są sine.
Przewracam się na plecy; niebo staje się coraz ciemniejsze, a księżyc coraz bardziej widoczny.
Mój oddech nie jest normalny — jest urywany, a z mojej piersi wydobywają się odgłosy agonalne.
Próbuję podnieść dłonie do ust, aby spróbować je ogrzać.
Nogi nie słuchają moich poleceń, a stopy mają sinopurpurowy odcień.
Wiatr wstrząsa koronami drzew, a wraz z nim dociera do mnie kolejny szept.
— Pogódź się ze swoim losem.






