languageJęzyk

Rozdział 5

Autor: Avelon Thorne 19 mar 2026

Otwierają się drzwi po drugiej stronie, odsłaniając kobietę ubraną całkowicie na czarno. Jej twarz przesłania koronkowa woalka, jakby musiała ukryć swoją tożsamość, by uniknąć rozpoznania przez któreś z nas i poniesienia kary.

— Będziecie wychodzić pojedynczo — informuje. — Wy ich nie zobaczycie, ale oni was tak. Stójcie nieruchomo i w milczeniu po drugiej stronie szyby. Będzie po wszystkim, zanim się zorientujecie.

Jej głos brzmi bardzo dojrzale.

Wypowiada jakieś imię, a ja kątem oka widzę, że to drobna, malutka dziewczyna, która, sądząc po tym, jak garbi ramiona, musi być przerażona.

Wychodzi za drzwi, które zatrzaskują się za nią z dużą siłą.

Kobieta zostaje z nami w pokoju i, chociaż jej nie widzę, czuję, że poddaje nas wszystkich swojemu badawczemu spojrzeniu.

Mija może dziesięć minut, gdy czyjeś knykcie pukają w drzwi, wzywając kolejną osobę.

Krok po kroku pokój pustoszeje, a powietrze staje się coraz cięższe i bardziej niekomfortowe.

— Dla niektórych z was dzisiejszy dzień będzie wyjątkowy — odzywa się nagle kobieta. — Jestem tego pewna.

Może ta kobieta to starsza pani, która zaczęła tracić zmysły. Wyjątkowy dzień? Bycie kupionym niczym kawałek mięsa?

Jak wyjątkowa może być świadomość, że reszta twojego życia będzie poświęcona pozwalaniu im na zatapianie kłów w twojej szyi?

— Szczerze w to wątpię, proszę pani — mówię, nie potrafiąc się powstrzymać.

Wiem, że jej wzrok pada na mnie, a reszta tych, którzy wciąż przebywają w pomieszczeniu, patrzy na mnie z niedowierzaniem.

— Nie waż się sprzeciwiać moim słowom, młoda damo.

— Cóż jest tak wyjątkowego w byciu kupionym?

Kobieta dochodzi do wniosku, że nie jestem warta jej czasu ani wysiłku, by strzępić sobie na mnie język. Drzwi otwierają się ponownie, po czym zwraca się ona w moim kierunku.

Moja kolej.

Ciężko mi stawiać jedną stopę przed drugą, a mimo to jakoś daję radę.

Przechodzę obok niej i uderza mnie zapach stęchlizny. Bez potrzeby patrzenia na nią wiem, że na jej twarzy musi gościć zadowolony z siebie uśmiech.

Kiedy wychodzę na zewnątrz, światło jest tak oślepiające, że muszę zamknąć oczy — nie jestem przyzwyczajona do tego sztucznego światła, które posiada jedynie nieliczna garstka.

Moje oczy pieką i łzawią, a dłoń nieznajomego okazuje się niezbędna, by poprowadzić mnie na środek.

Po kilkukrotnym mrugnięciu zdaję sobie sprawę, że stoję w miejscu, w którym kiedyś znajdowała się ambona, a gdzie teraz nie ma nic poza podłogami pokrytymi pluszowymi, czerwonymi dywanami i potężną taflą szkła, w której odbija się moja sylwetka.

Są tam, za nią. Obserwują mnie, oceniają, próbując poczuć zapach mojej krwi.

Światła przygasają, a nad moją głową pozostaje tylko jeden reflektor, wystawiający mnie na pokaz, jakbym była jakimś drogim wazonem.

Nie pozwalam sobie na spuszczenie wzroku ani na to, by się zarumienić, wiedząc, że tak wiele par oczu ogląda moje ledwie zakryte ciało.

— Elara Voss — odzywa się głos, w którym rozpoznaję kobietę w czerwonej sukni. Brzmi głośno i pewnie.

— Zdrowa, waży pięćdziesiąt jeden kilogramów, nie wykazuje żadnych anomalii fizycznych, ma grupę krwi 0 Rh ujemny i… jej cnota jest nienaruszona. Cenę wywoławczą ustalamy na piętnaście krwawych rubinów.

Nie widzę niczego z tego, co dzieje się po drugiej stronie.

— Dżentelmen numer pięć oferuje dwadzieścia krwawych rubinów. Kto da więcej?

Mój wzrok przemyka dookoła, wypatrując czegokolwiek zza szyby.

— Dama numer dziesięć oferuje dwadzieścia pięć krwawych rubinów.

Ogłaszane są kolejne kwoty.

Mężczyźni i kobiety. Liczby i jeszcze więcej liczb…

Nogi co jakiś czas się pode mną uginają, a ja czuję się całkowicie przytłoczona świadomością, że kontrola nad moim życiem przecieka mi przez palce i że za kilka minut stracę ją już bezpowrotnie.

Mój wzrok się rozmazuje, mrugam więc szybko, żeby odpędzić to uczucie.

— Numer dwadzieścia osiem daje pięćdziesiąt rubinów — ktoś przebije?

Pięćdziesiąt?

Jakie to ironiczne, że tutaj jestem kupowana za krwawe rubiny, podczas gdy moja rodzina dostanie zaledwie sakiewkę monet.

Za choćby jeden z tych drogocennych kamieni, moja rodzina mogłaby żyć w spokoju przez lata.

— Siedemdziesiąt krwawych rubinów.

Po moich plecach przebiega dreszcz.

— Osiemdziesiąt krwawych rubinów!

To takie sadystyczne i nieludzkie.

— Sto krwawych rubinów!

Przenikliwy dźwięk przerywa ciąg licytacji, uciszając kobietę, która nieustannie torturowała mnie swoim głosem.

Stoję w miejscu, czekając na wyjaśnienie.

Mijają sekundy, a potem całe minuty.

— Licytacja właśnie dobiegła końca. — W głosie kobiety słychać teraz zachwyt.

— Panna Elara Voss została właśnie nabyta przez Cassiana Dravena za cenę sześciuset krwawych rubinów.

Reflektor nad moją głową gaśnie, pogrążając mnie w absolutnej ciemności.

Do moich uszu dociera skrzypnięcie otwierających się drzwi i kilka par rąk chwyta mnie za ramiona, by wyciągnąć mnie stamtąd.

Nie wiem, czy powinnam stawiać opór, ale pozwalam się pociągnąć.

Kiedy zabierają mnie do innego pokoju, zdaję sobie sprawę, że tamte światła mnie ogrzewały, a teraz ziąb znów bierze mnie w swoje objęcia.

Znajduję się z resztą towarzyszy, którzy zostali wystawieni na pokaz przede mną.

Mierzą mnie szeroko otwartymi oczami i początkowo myślę, że to z powodu strachu, którego musieli tam doświadczyć, ale po kilku minutach uświadamiam sobie, że to przeze mnie.

— O co chodzi?

Żadne z nich nie ma odwagi powiedzieć choćby słowa.

Oglądam się, szukając czegoś, co jest nie na swoim miejscu — jakiejś rany, a może moje ubranie się poplątało, ukazując więcej, niż powinno.

Wszystko wydaje się w porządku.

Podnoszę wzrok, w poszukiwaniu odpowiedzi.

— Dlaczego wy wszyscy tak na mnie patrzycie?

Mijają ciągnące się w nieskończoność minuty, dopóki tamta drobna dziewczyna, którą widziałam wcześniej, ta z przygarbionymi ramionami, nie odważa się odezwać.

— Słyszeliśmy.

— Słyszeliście co?

— Kto cię kupił?

— I co w związku z tym? To był jakiś Cassian Drakov… Drakon czy coś takiego.

— Cassian Draven — poprawia mnie. — Czy to możliwe, żebyś była aż taką ignorantką?

— Słucham?

— Cassian Draven — mówi chłopak. — To bezduszny potwór. Najgorszy z nich wszystkich. Rządzi nim nienasycone pragnienie.

— A czy oni wszyscy tacy nie są? — odparowuję.

— Nie tacy jak on — dodaje ponownie dziewczyna. — Twoje życie dobiegło końca w chwili, w której cię kupił.

— Myślę, że to tyczy się nas wszystkich tutaj.

— Próbujemy powiedzieć, że… Prawdopodobnie nie dożyjesz kolejnej pełni.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 5: Rozdział 5 - Kupiona przez Księcia Cieni: Mroczny romans wampiryczny | StoriesNook