Punkt widzenia Margot
Cara mnie nie puszczała.
Ani na chwilę.
Jej ramię wciąż było splecione z moim, gdy prowadziła mnie w stronę kanap na drugim końcu siłowni, z dala od hałasu, z dala od ciężarów i, co ważniejsze, z dala od chłopaków.
Cóż...
Głównie z dala.
Wciąż go czułam.
Nawet stąd.
Coban.
Jego oczy.
Obserwujące.
Śledzące.
Upewniające się, że byłam dokładnie tam, gdzie kazał mi być.
Spojrzała






