Veronica siedziała jak na szpilkach. Wstała, ruszyła do drzwi i wyszła na podwórze, ignorując zapierającą dech w piersiach scenerię nakładających się na siebie górskich szczytów, ciągnących się aż po horyzont.
Była jesień, a słońce nie prażyło już tak niemiłosiernie jak upalnym latem. Bryza musnęła zbocze wzgórza i owiała ją lekkim chłodem, mierzwiąc jej włosy. Przeszedłszy kilka kroków w stronę w






