languageJęzyk

Rozdział 2

Autor: Aeliana Thorne 18 mar 2026

Perspektywa Freyi

Następnego ranka, dokładnie o godzinie, o której umówiliśmy się na spotkanie, stałam sama – czekając.

Caelum się nie pojawił.

Ból zaczął rozkwitać w mojej piersi, powolny i miarowy, niczym szron pełznący po szkle. Wmawiałam sobie cierpliwość, wmawiałam sobie, że przyjdzie. Że z pewnością tym razem mnie nie zawiedzie.

Sięgnęłam do więzi myślowej.

Iskierka nadziei.

Może był w drodze.

Ale kiedy odpowiedział, jego głos nie był pośpieszny ani przepraszający. Był płaski. Znużony.

– Aurora zemdlała dziś rano – powiedział Caelum. – Mówiła, że obudziła się z zawrotami głowy i nie mogła oddychać. Zostaję z nią w ambulatorium na obserwacji.

W tle zadźwięczał jej głos – lekki, zwiewny, idealnie wyważony w czasie.

– Caelum, mógłbyś znowu poprawić mi poduszkę? Ta za szyją sprawia, że kręci mi się w głowie.

Zachichotał cicho. Jakby była zrobiona ze szkła.

– Oczywiście, kochanie. Daj mi sekundę.

Połączenie zostało zerwane.

Tak po prostu.

Bez przeprosin. Bez wyjaśnień. Bez skruchy.

Omdlenie.

Przedłożone nad pogrzeb.

Wybrał ją. Znowu.

Wpatrywałam się w milczącą przestrzeń, gdzie przed chwilą był jego głos, a gardło zaciskało mi się jak pętla. Część mnie chciała krzyczeć. Wściekać się. Płakać.

Ale tego nie zrobiłam.

Wstałam. Wyprostowałam kręgosłup. Wyszłam z posiadłości Srebrnego Kła, nie oglądając się ani razu za siebie.

Wiatr był zimny, gdy wyszłam na zewnątrz, ale z każdym krokiem moja krew wrzała coraz goręcej.

Pojechałam sama do zewnętrznego garnizonu.

Koszary wojenne majaczyły w uroczystej ciszy, a ich kamienne wieże przebijały poranną mgłę. Strażnicy stali po bokach bram, ubrani w ceremonialną czerń, nosząc insygnia upadłego legionu Narodu Lykanów.

Wysiadłam z samochodu, buty zachrzęściły na żwirze, i uniosłam podbródek.

Minęły trzy lata, odkąd odeszłam z Jednostki Zwiadowczej Żelaznego Kła, ale moje ciało nie zapomniało postawy. Moja dusza też nie.

Podeszłam do pierwszej linii strażników i stanęłam w bezruchu.

Następnie, z powolną determinacją, uniosłam dłoń w sprężystym, niezachwianym salucie.

Nawet jeśli byłam sama…

Nawet jeśli ani jedna dusza nie stała obok mnie…

Uhounoruję ich.

Mój głos rozbrzmiał w porannym powietrzu:

– Była Dowódca Jednostki Zwiadowczej Żelaznego Kła, Freya Thorne, melduje się po odbiór prochów Uzdrowicielki Myry i Komandora Arthura Thorne’a – poległych w służbie Narodowi Lykanów.

Moje słowa odbiły się echem po koszarach.

A potem…

Bramy skrzypnęły i otworzyły się.

Wyłoniły się dwa szeregi żołnierzy, każdy ruch idealnie zsynchronizowany. Ustawili się wzdłuż ścieżki, ze stalowym wzrokiem i czcią, unosząc ramiona w uroczystym salucie.

W samym środku szła postać, której nie widziałam od lat – Generał Aldred, jeden z najbliższych towarzyszy mojego ojca.

Miał na sobie pełną zbroję galową. W dłoniach niósł rzeźbioną onyksową urnę, przykrytą karmazynowo-złotym sztandarem bojowym Narodu Lykanów.

Oczy mnie zapiekły.

Ta czerwień…

Ten sztandar…

To nie był tylko materiał.

To była wiara.

To była ofiara.

To był ostatni oddech moich rodziców, wpleciony w barwy, dla których przelali krew.

Aldred stanął przede mną. Jego głos był niski.

– Kiedy ich znaleźliśmy… nie dało się oddzielić tego, co było jej, od tego, co jego. Eksplozja zabrała wszystko.

Przełknęłam szloch, który drapał mnie w gardło.

Kontynuował głosem gęstym od szacunku.

– Walczyli ramię w ramię. Zginęli razem. Prochy… zostały połączone.

Skinęłam głową, moje palce już drżały, gdy wyciągnęłam ręce.

– To dobrze – szepnęłam. – Kochali się bardziej niż życie. W śmierci powinni tacy pozostać.

Aldred wyprostował się, po czym podał mi urnę.

– Ku chwale honorowych zmarłych – powiedział. – Ich ofiara nigdy nie zostanie zapomniana.

Żołnierze za nim powtórzyli chórem, a ich głosy brzmiały jak ściana grzmotu:

– Honor poległym! Chwała rodu Thorne!

Moje dłonie zacisnęły się na urnie.

Ciężka.

Święta.

A jednak… po raz pierwszy od dni poczułam stabilność.

Żal nie zniknął. Osiadł.

Jak schowane ostrze, nie zniknęło – ale było trzymane z celem.

Spojrzałam na Aldreda.

Obserwował mnie.

– Gdzie twój towarzysz? – zapytał łagodnie. – Nie przyjechał z tobą?

Wpatrywałam się w urnę.

Potem uśmiechnęłam się – małym, zmęczonym wygięciem warg.

– Był potrzebny gdzie indziej.

Aldred zmarszczył brwi.

Nie był głupcem. Patrzył, jak dorastam. Widział rzeczy na wskroś.

– Jeśli będziesz czegoś potrzebować – powiedział stanowczym głosem – czegokolwiek… wróć tutaj. Jednostka Żelaznego Kła może być rozwiązana, ale jej lojalność nie umiera.

Gardło znów mi się ścisnęło.

– Dziękuję, Generale.

Ścisnął moje ramię. Mocno. Pewnie.

– I pamiętaj, Komandorze… ta wataha może nie rozpoznawać twojej siły, ale my tak. Zawsze jesteś tu mile widziana.

Skinęłam głową.

Potem odwróciłam się i wróciłam do samochodu.

Ostrożnie umieściłam urnę na siedzeniu pasażera, przypinając ją pasami, jakby wciąż była ciałem i krwią.

Potem spojrzałam na otwartą drogę.

– Jedziemy do domu, Mamo. Tato – szepnęłam.

Moja stopa wcisnęła pedał.

I ruszyłam.

Sama – ale już nie złamana.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 2: Rozdział 2 - Niepokonana Luna | StoriesNook