Trzymając się za ręce, wyszłam za Astarothem z holu, a nasze kroki niosły się echem w ciszy wczesnego poranka.
Jego czarny samochód lśnił w przyćmionym świetle, elegancki i potężny – zupełnie jak on sam.
Otworzył drzwi pasażera z tym swoim chłodnym, niewymuszonym wdziękiem, a ja nie mogłam powstrzymać się od uniesienia brwi.
– Gdzie jedziemy? – zapytałam, wślizgując się na siedzenie.
– Niespodzian






