– Laurel! Laurel, nic ci nie jest? – Głos Marvina dzwonił mi w uszach, a w jego spojrzeniu malował się niepokój.
Łzy zamazywały mi obraz, kiedy na niego patrzyłam, a głos drżał mi ze złości. – Pomóż mu! Szybko! Dlaczego tak długo zwlekaliście? Ci wariaci mieli broń!
– Wiem. Policja ich ściga. Sanitariusze już jadą. Będą tu za chwilę – powiedział Marvin, zrywając z siebie koszulę i przykładając ją






