Korytarz szpitalny cuchnął odkażaczem – ciężkim, duszącym zapachem, a jarzeniówki rzucały blade, zimne światło na pospieszne twarze mijających ludzi.
Alfie i ja staliśmy przed salą Marvina, obserwując przez szybę, jak powoli wraca do świadomości. Jeszcze godzinę temu balansował na granicy życia i śmierci, a teraz, choć poza niebezpieczeństwem, w jego oczach malował się chaos i dezorientacja.
Wziął






