Sala 216.
Korytarz na zewnątrz jest już cichy – upiornie cichy. Żadnych kroków. Żadnych przyciszonych szeptów w dyżurce pielęgniarek. Tylko ciche brzęczenie świetlówek i monotonny szum maszyn za zamkniętymi drzwiami. Jest tuż po pierwszej w nocy. Szpital zwinął się w sobie jak śpiąca bestia.
Stoję przed salą zbyt długo.
Karta na drzwiach głosi jej imię. *Penelope Vales.* Czytam je dwa razy. Jakby






