Dziewczyna wyprowadza nas z głównego budynku z powrotem na mróz; jej buty pewnie chrzęszczą na ubitym śniegu.
Gdy tylko drzwi zamykają się za nami, stłumiony hałas innych – muzyka, śmiech, głosy odbijające się od kamiennych ścian – cichnie, połknięty przez drzewa. Cisza tutaj jest cięższa. Śnieg nieco głębszy. Sosny gęstsze.
Jest dopiero zmierzch, ale światło jest już cienkie, jakby zmrok przyszed






