To musiała być godzina. Może trochę więcej.
Ogień przygasł do żaru, trzaskanie zmieniło się teraz w cichy syk, gdy drewno osiada. Przyzwyczaiłem się do migotania ciepłego światła na moich zamkniętych powiekach, zapachu starego papieru i skóry, miarowego rytmu własnego oddechu.
Jest prawie... spokojnie.
Co jest dla mnie rzadkością.
Zdrętwiałem w połowie od tego bezruchu, ciało mam ciężkie, napięcie






