Ona siedzi naprzeciwko mnie, z nogami podwiniętymi pod siebie, jakby była właścicielką tego miejsca. Jakby należała do tego pokoju, który rozniosłem w pył i zbudowałem od nowa tylko na ten wieczór.
Boże, ona naprawdę należy.
Należy *wszędzie* tam, gdzie ja jestem.
A ja ledwo trzymam się w ryzach.
Bo ta dziewczyna – ta dziwna, piękna, niemożliwie jasna dziewczyna – je penne w moim cholernym garażu,






