Ona jedzie.
W końcu tu jedzie.
Powinienem być spokojny. Może powinienem krążyć po pokoju. Albo się ubierać. Sprzątać bałagan, jaki zrobiłem z tego miejsca przez ostatnie dwie noce. Powinienem robić cokolwiek innego niż to — siedzieć na krawędzi kanapy z łokciami wbijającymi się w kolana, z dłońmi zaciśniętymi tak mocno, że zbielały mi kostki, z sercem walącym w sposób, który nie ma żadnego taktycz






